Pierwsze spotkanie z Ojcem

s. Rafaela Sosińska CSL jedna z pierwszych loretanek

Pomimo oporu ze strony rodziców, zwłaszcza mamusi, za wszelką cenę chciałam być zakonnicą. Poszłam więc po pomoc i radę do księdza proboszcza.
– Nigdzie nie pójdziesz. Ja ci nie pozwalam. Widzicie ją, do klasztoru się jej zachciało. Siedź w domu, pomagaj matce w ciężkiej pracy – usłyszałam.
Odeszłam zasmucona. Uprosiłam tatusia, aby pojechał ze mną do Przasnysza, do ojców pasjonistów. Tam ojciec Bartłomiej długo mnie wypytywał, dlaczego chcę iść do klasztoru. Nie bardzo umiałam odpowiedzieć.
– Chcę koniecznie i koniec. Muszę iść… – dukałam.
Zaczął więc mnie straszyć.
– Ja jednak chcę być siostrą zakonną – odpowiadałam.
Dał mi więc dwa adresy do Warszawy. I pewnego dnia znalazłam się w stolicy. Wysiedliśmy z tatusiem z pociągu na Dworcu Wileńskim.
– Pójdziemy najpierw do kościoła – powiedział tatuś.
Wysokie wieże kościoła św. Floriana widać było z daleka. Kościół był ogromny, długi, ciemny, z witrażami. Uklękliśmy w najbliższej ławce, przy drzwiach.
– Panie Jezu, mam dwa adresy w kieszeni, gdzie chcesz, abym poszła? Matko Najświętsza, Ty sama wskaż mi drogę – szeptałam.
Wtem patrzę, ktoś biegnie środkiem kościoła, jakby od ołtarza oderwała się jakaś postać i z ciemnego wnętrza zbliżyła się do mnie, nie dotykając prawie ziemi.
– Tatusiu, kto to, jakby anioł, wokół głowy białe skrzydła, w rozwianej pelerynie? – pytałam zdziwiona.
– To siostra zakonna – szepcze mi tatuś.
– O, jaka piękna! Pobiegnę za nią.
I w jednej chwili byłam już przy niej. Stanęłam zadyszana. Odwróciła się.
– Proszę siostry, ja też chcę być siostrą. Proszę o przyjęcie mnie do klasztoru.
– Taak? Do nas? – uśmiechnęła się. – Proszę iść do przewielebnego Ojca, może panienkę przyjmie.
– A gdzie jest przewielebny Ojciec?
– Na plebanii. Dopiero wyszedł z zakrystii.
Zaprowadziła mnie na pierwsze piętro.
– Proszę zadzwonić do tych drzwi – powiedziała, a sama zbiegła na dół pośpiesznie.
Zadzwoniłam leciutko i już przez szybkę zobaczyłam, że zbliża się Ojciec. Serce mi łomotało. Gdy otworzył, nawet go nie pozdrowiłam, tylko wykrzyknęłam:
– Proszę przewielebnego Ojca o przyjęcie mnie do zakonu!
– A skąd ty jesteś? – spytał trochę zdziwiony tym moim „przewielebnym”.
– Z Czernic.
– Sama przyjechałaś z Czernic?
– Nie, z tatusiem.
– A gdzie jest tatuś?
– W kościele.
– Idź, przyprowadź tatusia.
Biegłam tak rozradowana, że tchu nie mogłam złapać. Tatuś już się niepokoił o mnie. Wyszedł z kościoła, aby mnie szukać. Po chwili byliśmy na plebanii. Weszliśmy. Ojciec czekał na nas i był wspaniały!
– To jest pana córka? – pytał ksiądz.
– Tak, moja.
– Czy pan się zgadza, by córka wstąpiła do klasztoru?
– Ciężko mi będzie, ale jeżeli sobie taką drogę obrała, to nie będę się sprzeciwiał.
– Matka także się zgadza? – pytał dalej.
– O, matka to gorzej, ale przecież nie możemy jej zatrzymywać, gdy Bóg ją wzywa. Samemu Bogu ją oddajemy – odpowiadał tato.
– Tak, powołanie zakonne jest wielką łaską Bożą i człowiek jest obowiązany iść za tym wezwaniem. Odmowa byłaby niewdzięcznością stworzenia wobec Stwórcy, dziecka wobec najlepszego Ojca.
Zwracając się do mnie, powiedział:
– Jeśli masz, dziecko, szczerą wolę służyć Bogu w życiu zakonnym, możesz być przyjęta. W zakonie nie jest łatwo, dużo się pracuje dla chwały Bożej i dużo się modli.
– Kiedy mogę przyjechać na zawsze? – pytałam.
– Jak najprędzej. Każdy dzień wcześniejszy jest lepszy od następnego, bo w każdym dniu dobry Bóg wyznacza nam jakieś zadanie do spełnienia. Szkoda marnować go na drobnostki.
Zjawiłam się wkrótce. Ojciec Założyciel dał mi za patrona archanioła, św. Rafała. Pod jego opieką już długo „podróżuję” do nieba.


Partnerzy medialni