12 maja – rozważanie

Matka najmilsza

WINCENTY ŁASZEWSKI

Wiemy, że Maryja jest przede wszystkim Matką. Zwykle gdy o Niej mówimy, nie używamy Jej imienia, jakbyśmy nie chcieli stawiać się z Nią na jednej płaszczyźnie. Zwracamy się więc do Niej słowami: „Matko Najświętsza”, „Matko Boża”. Ale chyba nie zdarza się – poza odmawianiem wezwań Litanii Loretańskiej – byśmy wołali do Niej: „Matko najmilsza”. A szkoda! Naśladowalibyśmy wtedy samego Boga! On przecież upodobał sobie w Pannie z Nazaretu, Ona była Mu miła. Więcej – milsza niż wszystkie kobiety, niż ludzkość cała, niż wszelkie stworzenie. Najmilsza! A wiemy, że być miłym w oczach Pana, to tyle co być świętym. Nie traktujmy jednak dzisiejszego wezwania jako prostego powtórzenia aklamacji „Matko Najświętsza – módl się za nami”. Przecież tytuł „Matka najmilsza” wskazuje na coś szczególnego, czego nie ma w sobie określenie „święty”.To ostatnie jest stwierdzeniem doskonałości, faktu trwania człowieka w pełnym zjednoczeniu z Bogiem. Tu zaś mamy wyraźny sygnał istnienia jakiegoś ciepłego uczucia – i to od strony Boga! Jeśli mówimy, że Maryja jest Matką najmilszą, to znaczy że Bóg darzy Ją tkliwą miłością, że ma w Niej najwyższe upodobanie, że cieszy się pięknem Jej serca, duszy, umysłu i woli. To właśnie dlatego złożył w Niej swe najpiękniejsze dary, z diamentem Niepokalanego Poczęcia włącznie. To właśnie dlatego podzielił się z Nią swym największym skarbem – własnym jednorodzonym Synem. I z najmilszej Panny uczynił Ją Matką, która w sposób doskonały podjęła się roli Boskiego macierzyństwa. Bóg kochał Ją najbardziej, najczulej, najmocniej, miłością wciąż większą, wciąż bardziej nieogarnioną. Tak, Bóg spoglądał na Nią z zachwytem, który rósł z dnia na dzień; widział bowiem, jak Wybrana na Matkę niemal wyprzedza Jego plany. Wydarzenie, które miało miejsce w Kanie Galilejskiej (zob. J 2, 1-11), jest tego dowodem: Syn Boży mówi, że jeszcze nie nadeszła Jego godzina, a Maryja już Go w nią wprowadza! Jakby szła kilka kroków przed czasem wyznaczonym przez Stwórcę…

Ubogi jest nasz ludzki język, który nie pozwala stopniować przymiotników w nieskończoność. Mówimy „najmilsza” tylko dlatego, że brakuje nam kolejnego określenia (które z każdą chwilą powinno być wyższe!). Bóg nie ma z tym problemu, ale my dopiero w wieczności będziemy śpiewać zawsze inną, coraz doskonalszą i pełniejszą, bogatszą i radośniejszą Litanię Loretańską – pieśń pełną coraz większej wdzięczności i miłości.

Ten, kto ma za sobą choć garść doświadczeń Maryjnych, wie, że te same słowa mają różne znaczenia – co innego wyrażają przed otrzymaniem dowodu opieki i miłości Maryi, a co innego po uzyskaniu łaski. Wtedy nagle zaczynamy rozumieć, że słowo „Najmilsza” powinno ustąpić określeniu wyższemu – i to jest właśnie nasz maleńki udział w nieskończonym doświadczaniu Boga.

 


Partnerzy medialni