Kotwica duszy

KS. TOMASZ PODLEWSKI

Chyba każdy ma z nią do czynienia. Budzi różne skojarzenia i w zasadzie trudno ją zdefiniować. Jedni jej pragną, inni ją tracą, a jeszcze inni mówią, że tylko ona im pozostaje.

Mowa o nadziei. „Właściwie, po cóż nadzieja?” (Hi 17, 15) – pyta strapiony Hiob. Jego pytanie się nie przeterminowało. Można je nawet trochę rozszerzyć i zapytać: czym właściwie jest nadzieja? Czy można o niej mówić tylko przy okazji jakichś kłopotów? Czy trzeba ją ograniczać wyłącznie do niepewności połączonej z marzeniem?

Na coś czy ku komuś?

Nie da się ukryć, że nadzieja łączy się z przyszłością. Znane nam stwierdzenia w stylu: „nadzieja na lepsze jutro” chyba to potwierdzają. Ma ona w sobie coś z dobrych życzeń i najczęściej wiąże się z oczekiwaniem. Co ją uaktywnia? Zapewne jakiś brak, doświadczenie kryzysu albo niemoc. Gdy wyczerpują się ludzkie możliwości naprawienia problemu, wówczas mawiamy, że zostaje jeszcze nadzieja. Wobec tego: czy jest sens „żywić nadzieję”, gdy „wszystko gra”? Czy nadzieja ma jakiekolwiek uzasadnienie, gdy aktualnie nie znajdujemy się w tarapatach?

Paweł Apostoł wymienia nadzieję w towarzystwie wiary i miłości, a nie wyłącznie przy okazji jakichś bolączek. „Trwają wiara, nadzieja i miłość” (1 Kor 13, 13) – pisze. Oczywiście największa jest miłość (por. 1 Kor 13, 13), ale – jak widać – nadzieja jest jej godną towarzyszką. Mało tego! Ona – jak czytamy –również ma moc „trwania”.

Z kolei pierwszy papież, wspominając o zmartwychwstaniu Jezusa, pisze: „Wiara wasza i nadzieja są skierowane ku Bogu” (1 P 1, 21). Piotr nie wspomina tu o „nadziei na coś”, ale o „nadziei ku komuś”. Według niego nadzieja wybiega ku Bogu! A przecież Boga nie trzeba się spodziewać! On jest! A zatem nadzieja to coś więcej niż po prostu oczekiwanie lepszej – choć niepewnej – przyszłości. Ona pozwala stabilnie kroczyć po równie niepewnej teraźniejszości! Nadzieja to takie „podpięcie się” pod Boga. Wobec tego nie jest tylko czekaniem. Nadzieja jest postawą…

Trwały punkt odniesienia

List do Hebrajczyków wspomina o „zaofiarowanej [nam] nadziei” (Hbr 6, 18). A jeśli nadzieja jest nam ofiarowana, to znaczy, że nie pochodzi od nas, tylko od Ofiarodawcy. A zatem jest prezentem od Boga. To samo czytamy w psalmach: „Od Niego pochodzi moja nadzieja” (Ps 62, 6). A skoro jest od Boga, a jednocześnie – jak pisał Piotr – prowadzi do Boga, to znaczy, że nadzieja łączy nas z Jezusem, a Jezusa łączy z nami. A więc nie może dotyczyć wyłącznie kryzysów. Nadzieja towarzyszy nam cały czas – nawet w chwilach pomyślności! Nadzieja to po prostu odnoszenie się do Boga. Autor Listu do Hebrajczyków pisze: „Trzymajmy się jej jak bezpiecznej i silnej dla duszy kotwicy, która przenika poza zasłonę” (Hbr 6, 19).

Teraz rozumiem! Właśnie dlatego, że nadzieja „przenika poza zasłonę” – czyli sięga wprost do Boga – staje się moją liną bezpieczeństwa. A zatem prawdziwa nadzieja to nic innego, jak po prostu czynić Jezusa punktem odniesienia. I to we wszystkim: w każdym położeniu i w każdej decyzji. To dlatego Paweł pisał do Rzymian, że „nadzieja zawieść nie może” (Rz 5, 5). Bo jak mogłaby zawieść, skoro łączy mnie z niezawodnym Jezusem?

Mieć czy żyć?

To wszystko uzupełnia spojrzenie na nadzieję. Z jednej strony widzimy, że ona wybiega ku nieznanej przyszłości, ale z drugiej strony – nie kieruje się ślepym losem. Nadzieja niewątpliwie wykracza poza dzisiejszość, ale jej korzenie nie rosną gdzieś w nieuchwytnych zaświatach. Nadzieja – mimo że łączy się z przyszłością – nie wybiega ku czemuś bezosobowemu, ale ku osobie Boga! Dlatego nadzieja nie rządzi się przypadkiem!

Ona jest rozumna i ma swoje źródło w sercu Osoby! Nie kieruje nią niestabilne jutro, ale stabilny Bóg! A przecież „Bóg jest miłością” (1 J 4, 8). Dlatego właśnie św. Paweł miał prawo napisać, że miłość „we wszystkim pokłada nadzieję” (1 Kor 13, 7). Bo to Bóg we wszystkim ją pokłada! Może to robić, bo ma dostęp dosłownie do wszystkiego i wszystko może ku sobie prowadzić. A zatem prawdziwa nadzieja to nic innego, jak odnoszenie się do Boga, życie Jego obecnością i kierowanie się Jego miłością.

Dlatego nadzieja zarówno towarzyszy nam w dniach pomyślności, jak i daje siłę w chwilach trudów. Serce oparte na kochającym Bogu nie tylko „ma nadzieję”, ale wręcz żyje nadzieją. I to na co dzień! Żyć nadzieją, to znaczy umieć znajdować punkt odniesienia poza tym, co tylko aktualne i widzialne. To umieć „wychodzić poza”, a także „wykraczać ponad”. Człowiek nadziei nie zatrzymuje się tylko na tym, co jest „tu i teraz”. Nadzieja to po prostu serce zanurzone w Bogu niezależnie od okoliczności.

Piękna para

Zwróciłeś kiedyś uwagę na to, z czym łączą nadzieję słowa wypowiadane przez kapłana w czasie każdej Mszy Świętej? To ten moment, gdy kończy się wspólne Ojcze nasz, a ksiądz kontynuuje sam. Na pewno znasz te słowa: „Wspomóż nas w swoim miłosierdziu, abyśmy zawsze wolni od grzechu i bezpieczni od wszelkiego zamętu, pełni nadziei oczekiwali przyjścia naszego Zbawiciela, Jezusa Chrystusa”. To jest bardzo ważna prośba! Kapłan modli się o miłosierdzie nie tylko po to, abyśmy umieli żyć bez grzechu i zamętu, lecz także po to, abyśmy umieli cierpliwie czekać i trwać „pełni nadziei”!

Nadzieja również karmi się miłosierdziem Boga! Abym umiał żyć nadzieją – potrzebuję Jego miłosierdzia! Miłosierdzie i nadzieja – jaki piękny związek! Sporo o nim pisała św. Faustyna w swoim Dzienniczku. Wspominała jednak nie tylko o tym, że miłosierdzie Boże wspomaga nadzieję. Ona wręcz utożsamiała nadzieję z miłosierdziem Boga. „Cała nadzieja moja to Serce najmiłosierniejsze Twoje” (1065) – wołała do Jezusa. Stwierdzała też: „W Jego niezgłębionym miłosierdziu jest wszelka nadzieja” (681).

Rzeczywiście: miłosierdzie Boże jest nadzieją dla świata. Bo ono nie dotyczy wyłącznie przebaczania grzechów. Miłosierdzie Boga to nie tylko odpuszczanie win i przebaczanie. Miłosierdzie Boga to także Jego troska o świat; kierowanie jego dziejami. Miłosierdzie Boga to nie tylko pocieszanie smutnych, lecz także błogosławienie szczęśliwym. Miłosierdzie to nie tylko przymiot Boga (por. 1225), ale wręcz Jego tożsamość (por. 1074)! Miłosierdzie – tak jak nadzieja – nie ogranicza się wyłącznie do tego, co trudne. Zarówno miłosierdzie, jak i nadzieja dotyczą nas w każdym położeniu. Obie te rzeczywistości pochodzą od samego Boga. A przecież Bóg jest z nami zawsze, a nie tylko – choć szczególnie – w przeciwnościach.

Serce czy kalkulator?

Jak nie można sprowadzać nadziei wyłącznie do trudnych chwil, tak nie wolno ograniczać miłosierdzia tylko do sfery grzechów. Bóg ma przecież serce, a nie kalkulator. Jest Ojcem, a nie recenzentem. Bóg jest z nami nie tylko wtedy, gdy wali się nasz dom. On chce w tym domu z nami mieszkać! Jak potrzebujemy nadziei nie tylko wtedy, gdy towarzyszy nam lęk – tak potrzebujemy miłosierdzia nie tylko wtedy, gdy grzeszymy. Nadzieja pozwala nam odnosić się do Boga już tu na ziemi. A miłosierdzie Boże pozwala nam doświadczać Jego obecności.

Nadzieja nie pozwala nam zamykać się wyłącznie w ograniczonym świecie teraźniejszości, a miłosierdzie rozszerza i uzupełnia nasz obraz Boga. Nadzieja jest czymś więcej niż reakcją obronną na lęk. A miłosierdzie jest czymś więcej niż usunięciem grzechowej rany. Nadzieja mówi, że Bóg jest, a miłosierdzie mówi – jaki jest! Dlatego można powiedzieć, że miłosierdzie Boże jest nadzieją dla świata.

Nie istnieje bowiem trwalszy – ani bardziej pocieszający nieszczęśliwych, ani mobilizujący szczęśliwych – punkt odniesienia niż prawda o miłosierdziu Boga. Ono jest dla świata lekarstwem na rany przeszłości; stabilnym oparciem na teraźniejszość i prawdą o tym, co czeka nas w niebie – w przyszłości. Nadzieją świata jest miłosierdzie Boga, ponieważ nadzieja pochodzi od Boga i do Boga prowadzi, a sam Bóg „jest miłością i miłosierdziem” (1074). Nadzieja w miłosierdziu Bożym to naprawdę najlepsza kotwica duszy…

 


Partnerzy medialni