Loretto, tutaj się żyje

STEFAN CZERNIECKI

Między skrzypiącymi sosnami, pośrodku różańcowych ścieżek krzyżujących się z leśną drogą krzyżową, w cieniu Puszczy Kamienieckiej, nad wykrzywionym do granic możliwości meandrem Liwca znajduje się oaza. Jest to oaza dobroci, uśmiechu, ale i pokornej, wytężonej pracy. Już dla samych tych przymiotów warto odwiedzić podwyszkowskie Loretto.

Piękny ten wasz kościół – zagaduję uśmiechniętą s. Tobianę prowadzącą mnie do bocznych drzwi kościelnej zakrystii.

– Tak, piękny, piękny. – Siostra aktorsko zniża głos. Z jej twarzy nawet na moment nie znika promienny uśmiech. – A wie pan co?…

– Nie mam pojęcia – z rozbawieniem wchodzę w tę humorystycznie radosną narrację.

– W nocy jest chyba najpiękniejszy. – Loretanka, trzymając w ręce pęk kluczy, najwyraźniej oddaje się pięknym wspomnieniom. – Oświetlenie wewnątrz świątyni mistycznie rozchodzi się przez okna po pogrążonym w zapadających ciemnościach lesie. Musi pan wtedy przyjechać. Wygląda to naprawdę wyjątkowo.

Na tę wyjątkowość warto było czekać. Schowany w samym środku Puszczy Kamienieckiej kościół zaczęto budować jeszcze w 2013 r. Dziś jest wreszcie otwarty dla wiernych.

– W środku nie ma jeszcze kilku szczegółów. – Oprowadzająca mnie po loretańskich ścieżkach s. Wioletta próbuje sobie przypomnieć wnętrze niedawno otwartej świątyni. – Na pewno brakuje drogi krzyżowej. Nie ma też obrazów i kilku zdobień.

Cmentarz po drugiej stronie

Najważniejsze jednak stało się faktem. Do kościoła, o którym tak bardzo marzył nabywający te ziemie w 1928 r. ks. Ignacy Kłopotowski, mogą dziś przyjeżdżać wierni z całej Polski, by wspólnie tu się modlić i oddawać się pod opiekę Maryi Loretańskiej. Swoją drogą ciekawe, czy ten myślący bardzo odważnie i perspektywicznie ksiądz sięgał oczami wyobraźni także początków XXI w.? I tego, jak może wyglądać ubogi z początku zakątek pod Wyszkowem, który osobiście wykupił od panów Antoniego Ziatkowskiego i Józefa Rudnickiego?

Sam bowiem tym leśnym zakątkiem cieszył się tylko 3 lata. Umarł już w 1931 r., zdążywszy jeszcze wskazać ukochanym siostrom loretankom leśne miejsce po drugiej stronie szosy, na którym chciał spocząć. Dziś znajduje się tu pięknie zachowany cmentarz. Obok grobowca założyciela Loretto pochowane są także siostry.

Dziecięca muzyka

Loretanki służyły innym pięknie i z prawdziwym oddaniem. Jak choćby tym czterystu dzieciom z ubogich rodzin warszawskiej Pragi. Dzieciom, które już w kilka miesięcy po zakupie przez ks. Ignacego zapomnianych przez świat ziem, mogły tam przeżyć swoje pierwsze wakacyjne kolonie. Siostry nigdy nie zwalniały tempa. Latem przyjmowały dzieci, zimą pomagały bezdomnym. Gdy przyszła wojna, opatrywały rannych i gotowały dla walczących w pobliskich lasach żołnierzy. Pomagały każdemu, kto tylko się do nich zgłosił. Pewnie dlatego z czasem do tego podwyszkowskiego zakątka nad zakolem Liwca zaczęło przybywać coraz więcej ludzi.

Oni jednak nie szukali już pomocy u dobrotliwych sióstr. Szukali jej raczej u ich Patronki. Nie było rady, wieść o Matce Bożej Loretańskiej – która w tym leśnym zakątku przyjmuje każdego i z typową dla matek troską wysłuchuje – zaczęła zataczać coraz szersze kręgi. Parking pod sanktuarium w Loretto z każdym tygodniem okazywał się za mały.

– Najbardziej lubię przybywać tu latem – uśmiecha się promieniście s. Wioletta, gdy odpoczywamy razem na ławeczce nad leniwie płynącym Liwcem. – Gdy zewsząd słychać chichot odpoczywających tu dzieci. Dla mnie to muzyka z nieba.

Echo sosnowej nuty

Główną aleją prowadzącą do kaplicy Matki Bożej Loretańskiej raźno kroczy ubrana w habit siostra. Pcha wypełnioną po brzegi piaskiem taczkę. Uśmiech nie schodzi z jej twarzy.

– Szczęść Boże – szepcze, gdy wreszcie się mijamy.

Gdzieś w okolicy zbudowanej z polnych kamieni Maryjnej groty krząta się inna siostra. Rozmawia przez telefon. Naraz z malowniczego domku obok wychodzi kolejna. Tym razem niosąca jakieś wiadra. Praca tutaj wre.

Za chwilę jednak siostry porzucą swoje zajęcia, udając się wspólnie do pobliskiej kaplicy. Wezwą je dzwony. I charakterystyczna melodia do słów „Jezu, ufam Tobie”. Wśród szeptu okolicznych sosen nuta ta nabiera jeszcze piękniejszego wyrazu. Jej echo odbija się głębiej, dochodząc tam, gdzie w mieście na skutek hałasu i pośpiechu dotrzeć by nie mogło. To jest to miejsce. To jest ten czas.

Stągwie z Loretto

Mimo odgrodzenia od jazgotu świata Loretto także dotknęły konsekwencje światowej pandemii koronawirusa. Ścieżki leśnej drogi krzyżowej stały się puste. Wiszące samotnie na drzewach stacyjki upamiętniające kolejne tajemnice Różańca naraz stały się jakby jeszcze bardziej samotne. Loretto z miejsca żywej modlitwy setek ludzi stało się prawdziwą pustelnią, miejscem kontemplacji. Dostępną dziś dla tak niewielu.

– Nie możemy się już doczekać, aż to wszystko się skończy – opowiada z troską s. Wioletta.

Rzeczywiście. Widząc liczne domy dla pielgrzymów, stołówkę, liczbę wolnych miejsc w kościele, można zrozumieć ten żal, bo miejsce to żyło ludzką obecnością. Była to obecność całych rodzin, które regularnie witały do Loretto, znajdując tu azyl dla swoich marzeń, planów, czy wreszcie dla zwykłego odpoczynku. Teraz, bez gości, przez tych kilka miesięcy pandemii uśmiechnięte siostry loretanki przeżywały w swojej leśnej pustelni prawdziwe rekolekcje. W samotności i odosobnieniu od świata.

Spoglądając na ich twarze, można odnieść wrażenie, że wykorzystały ten czas w najlepszy z możliwych sposobów. Pozostaje teraz – gdy tylko skończy się pandemia – przybyć tutaj samemu, by zaczerpnąć z tego źródła możliwie najwięcej. I nie obawiajmy się prosić. Zwłaszcza że – jak twierdzą same siostry – prawdziwym gospodarzem tego miejsca jest sama Maryja. A po Jej protekcji weselne stągwie wypełniono wcale nie do połowy, ale aż po same brzegi. Idźmy więc tym śladem.

 

 


Partnerzy medialni