Nie lękaj się lęku

KS. TOMASZ PODLEWSKI

Lęk obnaża wiele prawd o nas samych, o naszej dojrzałości oraz sposobie reagowania w momencie zagrożenia. Czasem dopiero w chwilach cierpienia i lęku mogę się zorientować, jak naprawdę wygląda moja wiara i zaufanie względem Boga.

Mało które słowa uspokajają nas tak skutecznie jak: „Wszystko pod kontrolą”. Rzeczywiście. Panowanie nad sytuacją bywa wyjątkowo kojące. Kontrola daje pewność, szczególnie gdy chodzi o sprawy najważniejsze, albo o jakieś dalekosiężne decyzje. Niestety czasem znajdujemy się w takich realiach, nad którymi zapanować po prostu się nie da. I pół biedy, gdy nie zależy od nich zdrowie i życie. Co jednak, gdy okoliczności, na które ja sam nie mam wpływu, mają ogromny wpływ na mnie i najważniejsze obszary mojego życia? Jak mądrze przeżywać lęk chociażby w obliczu pandemii, która wielu z nas odebrała kontrolę nad pracą, relacjami czy po prostu zwykłą codziennością?

Koniec świata z tymi… końcami świata

Końców świata wieszczono już bardzo wiele. „Nadeszła Apokalipsa” – mówią także dziś niektórzy, skrupulatnie doszukując się wokół dowodów nieuchronnego końca. Nie wolno, rzecz jasna, bagatelizować „znaków czasu”, jednak nasze patrzenie na świat nie powinno być wytworem nieodpowiednio przeżywanego lęku. Lęk, naturalnie, nie jest czymś złym, jednak ważne jest to, co z nim zrobię, gdzie się z nim udam i czy przyznam mu nad sobą władzę.

Gdy Chrystus zarzuca tłumom, że umieją czytać znaki nieba i ziemi, a nie rozpoznają „obecnej chwili”, ostatecznie pyta: „I dlaczego sami z siebie nie rozróżniacie tego, co jest słuszne?” (por. Łk 12, 56-57). W Jezusowym wezwaniu jest troska o naszą dojrzałość. A ona nie tyle pozbawia nas lęku, ile pozwala mądrze postępować pomimo niego. „Znaki czasu”, nawet te zapowiadające koniec, nigdy nie będą usprawiedliwianiem rozpaczy, lecz raczej zachętą do prawości. A ta niestety często przegrywa u nas w konfrontacji z paniką.

Niedojrzale byłoby żyć Apokalipsą bardziej niż Ewangelią. „Idźcie i głoście Ewangelię” (por. Mk 16, 15) – polecił Jezus. Ona zawiera w sobie wszystko, co potrzebne do zbawienia: etapy nawrócenia, wskazania dla wierzących i drogę do przyjaźni z Bogiem. Przede wszystkim jednak jest skoncentrowana na Jezusie, a nie na złu. Głosi doskonałą miłość. Jan Apostoł zaś stwierdza, że „w miłości nie ma lęku, lecz doskonała miłość usuwa lęk” (1 J 4, 18). Dalej poucza, że ten, „kto się lęka, nie wydoskonalił się w miłości”. Dlatego właśnie lęk należy przeżywać z Bogiem, który „jest miłością” (por. 1 J 4, 16). Lęk ma nas prowadzić do Boga, który w jego miejsce wlewa siłę do kierowania się rozumem i miłością nawet w najtrudniejszych okolicznościach.

Mam nadzieję na nadzieję

Czy Jezus się bał? Ewangelista Marek nie pozostawia złudzeń: Jezus „począł drżeć oraz odczuwać trwogę” (Mk 14, 33). Jednak w tej trwodze szczerze rozmawiał z Ojcem. Nie udawał, że jest Mu lekko. Karmił się jednak obecnością Ojca nawet wtedy, gdy po ludzku był przerażony.

Lęk to doświadczenie, w którym paradoksalnie może się rodzić bliskość względem Boga. Zalęknione serce otwarte przed Bogiem nie pozostanie bez pociechy. Doskonale wyraża to kochana przez Polaków pieśń kościelna, w której przy muzyce skomponowanej przez ks. Wacława Gieburowskiego śpiewamy słowa Psalmu 91 zrymowane przez Jana Kochanowskiego: „Kto się w opiekę odda Panu swemu (…) / Śmiele rzec może, mam obrońcę Boga, / Nie przyjdzie na mnie żadna straszna trwoga”. W dalszej części tego psalmu Pan zapewnia: „Ja go wysłucham i będę z nim w utrapieniu” (Ps 91, 15).

Dlatego papież Franciszek w piątek 27 marca modlił się samotnie na placu św. Piotra: „Boże, spójrz na nasz ból. Pociesz serca i otwórz na nadzieję, abyśmy mogli poczuć Twoją ojcowską obecność pośród nas”. Te wyjątkowo proste i pokorne słowa to wspaniały wzór modlitwy. To ufna rozmowa zalęknionego dziecka z troskliwym Ojcem. Jest tu prawda o bólu. Papież nie udaje przed Bogiem spokojnego i pewnego siebie. Tak jak psalmista szczerze wyznaje: „Przenika mnie lęk i drżenie, i przerażenie mną włada” (por. Ps 55, 6), jednak prosi o pociechę i doświadczenie Jego ojcowskiej obecności.

Zawsze można kochać

Nie da się wykasować lęku z życia. Da się jednak twórczo przeżywać go z Bogiem. Członkowie Kościoła mają prawo odczuwać lęk. On często jest w nas, ale ważne, abyśmy to my nie trwali w nim. Warto więc koncentrować się nie tyle na usuwaniu lęku z życia, ile na wychodzeniu z zalęknionej postawy. „Bez pomocy Bożej nie sposób wyjść z lęku” – pisze w swej książce Jak radzić sobie z lękiem? o. Mieczysław Kożuch SJ. Jednak od nas samych również sporo tu zależy. „Uzdrawia tylko Bóg. Niemniej zakłada On naszą współpracę z Jego łaską, stąd ważne jest poznanie siebie, by potem lepiej podejmować decyzje” – kontynuuje jezuita. To bardzo cenne spostrzeżenie.

Lęk naprawdę da się przeżywać ku własnemu rozwojowi. Warunkiem jest obecność Boga. „Zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną” (Ps 23, 4); „Pan jest ze mną, nie lękam się” (Ps 118, 6) – woła autor psalmów. Nie stwierdza, że ból zniknął ze świata, lecz po prostu cieszy się Bożą obecnością. W innym miejscu dodaje, że sprawiedliwy „nie będzie się lękał niepomyślnej nowiny; mocne jego serce, zaufało Panu. Serce jego stateczne lękać się nie będzie” (Ps 112, 7-8).

Sprawiedliwość i bliskość Boga nawet w czasie zagrożenia – oto jest droga do pokoju serca. Dlatego czytamy w Biblii, że ci, „którzy nie wzywają Boga, tam zadrżą ze strachu, gdzie bać się nie ma czego” (por. Ps 53, 5-6), a bezbożni „zginą strawieni lękiem” (por. Ps 73, 19). Jeśli wzywam Boga, to nawet czas pandemii, mimo wielu trudów, może się okazać zbawczy, gdy tylko odpowiednio go przeżywam. Paweł Apostoł poucza, że „Bóg z tymi, którzy Go miłują, współdziała we wszystkim dla ich dobra” (Rz 8, 28). To znaczy, że wszystko, co nas spotyka, może się przysłużyć jeszcze większemu dobru, jeśli tylko „miłujemy Boga”. Miarą świętości jest miłość, a nie lęk czy jego brak. Nie zawsze da się nie bać, ale zawsze da się kochać.

W innym miejscu Paweł zachęca: „Nieustannie się módlcie. W każdym położeniu dziękujcie” (1 Tes 5, 17-18). Wiele spraw od nas nie zależy, ale to, co na pewno zależy ode mnie, to moja modlitwa oraz to, czy swoje cierpienie przeżywam z miłością. „Lepiej cierpieć (…), czyniąc dobrze, aniżeli źle czyniąc” (1 P 3, 17) – poucza św. Piotr. „Miej ufność w Panu i postępuj dobrze” (Ps 37, 3) – czytamy w psalmach.

Nie możemy zapomnieć, że w każdych okolicznościach da się czynić jakieś dobro i nawet czas pandemii nie zamraża tej reguły. W tym momencie warto przytoczyć słowa Psalmu 62: „Nie pokładajcie ufności w przemocy, ani się łudźcie na próżno rabunkiem; do bogactw, choćby rosły, serc nie przywiązujcie” (Ps 62, 11); „Bóg raz powiedział, dwa razy to słyszałem: Bóg jest potężny. I ty, Panie, jesteś łaskawy, bo Ty każdemu oddasz według jego czynów” (Ps 62, 12-13). Jednak aby czyny były pełne miłości, wpierw serce musi być pełne pokoju. Dlatego ten sam psalm zachęca: „W każdym czasie Jemu ufaj, narodzie! Przed Nim wasze serca wylejcie” (Ps 62, 9). „W nawróceniu i spokoju jest wasze ocalenie, w ciszy i ufności leży wasza siła” (Iz 30, 15) – poucza nas Izajasz, a psalmista dodaje: „Odpocznij jedynie w Bogu, duszo moja” (Ps 62, 6).

Skaranie Boskie?

Zmieniają się czasy, a wraz z nimi – epidemie. Wiele epok doświadczyło bólu zarazy. Dlatego trzeba być ostrożnym w szafowaniu kategorycznymi i raniącymi stwierdzeniami w stylu: „To na pewno jest kara Boska”. Bo któż z nas wie, że to kara? I któż wie, że „na pewno”? Czyżby Bóg dał komukolwiek z nas ostateczny wgląd w swoje plany? Nawet jeśli w Bożym zamyśle jakieś trudne doświadczenia zsyłane na ludzkość są czymś w rodzaju kary, to warto przypomnieć, co Bóg powiedział o karze do św. Katarzyny Sieneńskiej: „Chcę, abyś wiedziała, że nie wszystkie kary zadawane w tym życiu są zadawane dla ukarania, lecz dla poprawienia” (Dialog o Bożej Opatrzności). Może nie warto więc pytać: „za co?”, ale: „po co?” i skupić się nie na tym, „dlaczego?”, ale na tym, „jak?” przeżyć obecny czas.

W czasach naznaczonych lękiem nietrudno o manipulowanie ludźmi. Warto być wyczulonym na samozwańczych proroków, którzy zapominają, że „żadne proroctwo Pisma nie jest dla prywatnego wyjaśniania” (2 P 1, 20). Chrystus już dawno zapowiedział, że nadejdzie trwoga, wielu zachwieje się w wierze (por. Mt 24), a niektórzy nawet „mdleć będą ze strachu” (Łk 21, 26). Zaraz jednak umacniał: „nie trwóżcie się tym!” (Mt 24, 6). Przestrzegał jednocześnie: „Strzeżcie się, żeby was kto nie zwiódł. Wielu bowiem przyjdzie pod moim imieniem” (Mt 24, 4-5). Dlatego Paweł Apostoł przestrzega: „Prosimy was, bracia, abyście się nie dali zbyt łatwo zachwiać w waszym rozumieniu ani zastraszyć” (2 Tes 2, 1-2) oraz mobilizuje, pisząc: „bylebyście tylko trwali w wierze – ugruntowani i stateczni – a nie chwiejący się w nadziei (nieodłącznej od) Ewangelii” (Kol 1, 23).

Osią, istotą i centrum duchowego wzrostu jest żywa relacja z Jezusem. Czasy się zmieniają, ale nie zmienia się recepta na świętość. Drogą do nieba niezmiennie pozostaje codzienne życie z miłością. Tak naprawdę to ona wlewa w serce pokój nawet w czasie niepokoju. „U was zaś policzone są nawet wszystkie włosy na głowie. Dlatego nie bójcie się” (Mt 10, 30-31; por. Łk 12, 7) – uspokaja Jezus. A co z lękiem o przyszłość? Z pomocą znów przychodzi Mateusz Ewangelista: „Kto z was, martwiąc się, może choćby jedną chwilę dołożyć do wieku swego życia?” (Mt 6, 27). „Nie troszczcie się więc o jutro, bo jutrzejszy dzień sam o siebie martwić się będzie. Dosyć ma (każdy) dzień swojej biedy” (Mt 6, 34) – uspokaja nasz Pan. A psalmista dodaje: „Jeżeli Pan domu nie zbuduje, na próżno się trudzą ci, którzy go wznoszą. Jeżeli Pan miasta nie obroni, strażnik czuwa daremnie” (Ps 127, 1).

Chrystus nie obiecuje życia bez trudów. „Na świecie doznacie ucisku” (J 16, 33) – mówi i zaraz potem dodaje: „ale odwagi! Ja zwyciężyłem świat”. Owo „zwycięstwo” Jezusa nad światem ma w sobie głęboką prawdę. Pisze o tym wspomniany wyżej o. Mieczysław Kożuch: „Zwycięstwo Chrystusa na krzyżu dokonało także zwycięstwa nad lękiem. I to zwycięstwo jest całkowite i ostateczne”. Jezuita zauważa, że Chrystus nie wzgardził doświadczeniem lęku, ale nauczył nas go przezwyciężać. „On przyjął lęk i nadał mu głębszy sens” – stwierdza. To cenne spostrzeżenie napawa nadzieją.

Chrystus nie usunął lęku, ale go zwyciężył. To znaczy, że strach nie musi nami władać. Jezus, stając się zwycięzcą lęku, jednocześnie staje się dla niego punktem odniesienia. To znaczy, że jedynie lęk przeżywany w oderwaniu od Boga jest w stanie nas paraliżować. Jezus zapowiada uczniom cierpienia, ale uspokaja słowami: „kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony” (Mt 24, 13). Świata nie zmienimy. Możemy jedynie zmieniać siebie samych. A światu, zwłaszcza temu najbliższemu, ostatecznie najbardziej pomoże nasza wytrwałość w dobrym i modlitwa.

Więcej lęku? Więcej modlitwy!

Czas pandemii spowodował, że wzrósł w nas głód Eucharystii oraz wspólnotowej modlitwy. Jednocześnie sprowokował Kościół do nowych aktywności. Zamknięte świątynie wcale nie muszą nas zamykać na owocne przeżywanie wiary. My w tych ograniczeniach nie przestaliśmy być Kościołem! Kościół żyje Bogiem, żyje Eucharystią i żyje modlitwą. A tej jest w ostatnich tygodniach wyjątkowo dużo. Wzmożona adoracja w tylu zakonnych kaplicach, transmisje Mszy Świętych i nabożeństw, kapłani błogosławiący ludzi Najświętszym Sakramentem oraz prowadzący rekolekcje przez media czy też cowieczorna modlitwa różańcowa – to tylko niektóre przejawy realizowania się duchowej wspólnoty w ostatnim czasie.

Kościół pomaga wiernym przeżyć pandemię w bliskości Boga, a doświadczeniem lęku dzielić się z Nim samym oraz innymi chrześcijanami. Protestancki teolog Reinhold Niebuhr z USA (1892–1971) ułożył piękną modlitwę:Boże, użycz mi pogody ducha, abym godził się z tym, czego nie mogę zmienić; odwagi, abym zmieniał to, co mogę zmienić oraz mądrości, abym odróżniał jedno od drugiego”. W obecnym czasie warto na różne sposoby szukać bliskości Boga, aby pomagał nam znosić to, na co nie mamy wpływu, a skupiać się na tym, co nawet w czasie pandemii da się wykonać i rozwinąć. „A więc róbmy, co trzeba – jak pisał św. Augustyn – i idźmy za Panem!”.

 


Partnerzy medialni