Różaniec zza kulis

STEFAN CZERNIECKI

Zwykle mało kto z nas, kupując czasopismo, zastanawia się, ile czasu, ile wysiłku i wypitych kaw mogło kosztować stworzenie tego, co trzymamy teraz tak swobodnie w ręce i ile osób było zaangażowanych w jego powstanie. Także miesięcznika, którego lektura – mamy tu chyba uzasadnioną pewność – może niechybnie pomóc nam w przeżywaniu naszej ziemskiej drogi do nieba. Z okazji jubileuszu „Różańca” postanowiliśmy uchylić nieco rąbka tajemnicy…

Długo ksiądz jechał? – zagaduje uśmiechnięta jak zawsze s. Wioletta, stawiając przed proboszczem z Wysokiego Koła filiżankę kawy. Zapach aromatu zmielonych ziaren momentalnie wypełnia niewielki pokoik na pierwszym piętrze redakcji na warszawskim Rembertowie.

– O, dziękuję. Skąd siostra wiedziała, że chciałem właśnie kawę? – śmieje się głośno ks. Szymon. – Dziś szczęśliwie obyło się bez korków. Dojechałem w półtorej godzinki.

Na niewielkim stole, przy którym siedzi jeszcze kilka osób, widać porozkładane pozornie bez ładu i składu kartki. Na nich widnieje wydrukowana tabelka i ręcznie naniesione zapiski. To działy miesięcznika. Na środku półmisek z ciastami. Kilka herbat, kawa.

– Częstujcie się – zachęca pozostałych s. Emmanuela. – Świeże klasztorne wypieki.

– Dobrze, mamy już coś? – To pytanie redaktora naczelnego, które przerywa na moment chwilę sympatycznego rozgardiaszu.

– Myśleliśmy o tajemnicach światła Jana Pawła II – odpowiada nieśmiało s. Wioletta. Zza jej okularów widać nieco zmrużone dziś oczy. Niewdzięczna rola sekretarza redakcji znów poskutkowała krótszą nocą. Pewnie kilku autorów jak zwykle spóźniło się z nadsyłanymi tekstami.

– Dla mnie bomba! Nie sądziłem, że tym razem tak szybko to pójdzie.

Odrodzony po zamknięciu

Podobnych spotkań członkowie redakcji „Różańca” odbywają znacznie więcej. Przynajmniej jedno w miesiącu. Jednak to opisane wyżej, jesienne, jest zwykle najważniejsze. To właśnie wówczas ustalane są tematy przewodnie miesięcznika na cały nadchodzący rok.

– Nasze pismo ma charakter formacyjny – tłumaczy na redakcyjnym balkonie ks. Szymon. – Musimy więc iść wedle pewnego planu, aby wpisywać się w określone ramy. Tego wymaga od nas czytelnik.

Redaktorem naczelnym jest już dziesiąty rok. Przed nim odrodzonym „Różańcem” kierowało jeszcze dwóch innych księży.

– To ważny szczegół. Napisz o tym – prosi troskliwie ks. Szymon. – Gazeta od zawsze dbała, by nad całością czuwał jakiś kapłan. To była inicjatywa samych sióstr loretanek.

Redaktor naczelny mówi o odrodzonym „Różańcu”, gdyż w 1953 r. po odmowie druku nekrologu Józefa Stalina pismo zostało zamknięte przez PRL-owskie władze. Dopiero w 1995 r. miesięcznik ponownie zaczął trafiać do rąk stęsknionych czytelników. A jest ich dziś w Polsce kilkadziesiąt tysięcy.

– To dość trudno oszacować – tłumaczy s. Wioletta, o której sam naczelny zwykł z przekąsem mówić, że to ona de facto zarządza gazetą, on zaś… tylko przeszkadza. – Miesięcznik rozchodzi się w liczbie około 30 tysięcy egzemplarzy. Mamy jednak informacje, że jeden egzemplarz czyta zwykle więcej niż jedna osoba. Tak jest chociażby w różach różańcowych, które zamawiają dla siebie co miesiąc jeden numer.

„Burza mózgów” przez śpiew

– A okładka? – redaktor naczelny jest dziś wyjątkowo ożywiony. Co chwila wstaje od stołu, podchodzi do stojącej w rogu pokoju tablicy, coś dopisuje, coś zamazuje. Być może kawa była wyjątkowo mocna. – Mamy już jakiś pomysł?

– Niestety. Do tego numeru nie możemy jakoś wymyślić nic chwytliwego.

– „Ta Krew z grzechu obmywa nas…” – naraz ks. Szymon ni z tego, ni z owego zaczyna nucić pod nosem.

– Zaraz, zaraz… To jest dobre – podchwytuje s. Wioletta. – Może damy to jako tytuł na okładkę?

– Siostry kochane… ja sobie tylko tak podśpiewuję… – tłumaczy się zaskoczony redaktor naczelny.

– Ale to jest bardzo dobre. Bardzo! – S. Emmanuela zapisuje nowy pomysł na mocno już pokreślonej kartce.

Kto wie, czy nie była to właśnie podpowiedź samego Ducha Świętego na dopiero co odmówioną do Niego modlitwę. Tę samą, którą członkowie kolegium redakcyjnego zwykle zanoszą do nieba przed zebraniem. Zwłaszcza przed tym, w trakcie którego mają omawiać najbliższy numer pisma. Tym razem odpowiedź przyszła przez śpiew.

– To u nas bardzo częste – śmieje się s. Wioletta. – Ks. Szymon bardzo lubi sobie podśpiewywać podczas naszych zebrań. Jednak nie spodziewałam się, że mogą z tego wynikać tak wymierne korzyści dla pisma.

Dlaczego to musiało się udać?

Teraz, gdy jest już ustalony temat przewodni numeru, pozostaje tylko obdzwonić wybranych autorów albo powysyłać do nich e-maile. A potem czekać, aż spłyną wszystkie teksty.

– Bardzo nam zależy na ich jakości. To spora odpowiedzialność – tłumaczy s. Emmanuela.  – Nieraz ludzie dzwonią do redakcji i dziękują za to nasze dzieło. Raz pewna starsza pani zadzwoniła z informacją, że najnowszy „Różaniec” do niej nie dotarł. Prosiła o pomoc, mówiąc, że pismo jest dla niej bardzo ważne i prawie nie potrafi bez niego żyć. To było naprawdę poruszające. I budujące zarazem.

Gdy teksty przejdą już korektę i zostaną złamane, przychodzi pora na drukarnię. Na szczęście ta znajduje się w budynku obok.

– Gdy się tu przeprowadzałyśmy, wszystkie pytałyśmy siebie: „A po co nam takie wielkie hale”? – wspomina s. Andrzeja pamiętająca jeszcze początki offsetu oraz pracę na maszynach drukarskich sprowadzonych przez samego bł. ks. Ignacego Kłopotowskiego. I kończy z pokornym uśmiechem. – A dziś? Dziś się już tutaj nie mieścimy z tymi maszynami.

„Różaniec” przeżywa w tym roku stulecie swego istnienia. I 25-lecie w odnowionej formule. W 1995 r. na pierwszej okładce miesięcznika postanowiono za-mieścić wizerunek Matki Bożej Fatimskiej. Konsekwencje tej decyzji „ciążą” na redakcji po dziś dzień. Przynajmniej wiadomo, dlaczego ten nad wyraz odważny przecież projekt po prostu nie mógł się nie udać. Zresztą ojciec Założyciel sióstr loretanek mógłby nam co nieco o tym opowiedzieć…

 

 


Partnerzy medialni