W koronie cierpienia i miłości

Cierpienie towarzyszy nam od pierwszych chwil życia. Czasami traktujemy je jak przeszkodę, czasami jak drogę łaski, prowadzącą wprost do Serca Ukrzyżowanego. Jednak im większy jest nasz trud, z tym większą miłością Bóg przygarnia nas do siebie.

S. NOELA ZANIEWICZ ZSOB

Swoje dziecięce i młodzieńcze lata spędziłam na Podlasiu, w domu pełnym rodzinnego ciepła, a także wśród pięknej, niezmąconej niczym przyrody. Każdego dnia już od świtu odczuwałam majestat Boga i Jego niezrównaną hojność. Rozległe zielone pola i źródła krystalicznie czystej wody przemawiały do mojego serca miłością Stwórcy. Matka Boża Kodeńska, Królowa Podlasia, i błogosławieni męczennicy z Pratulina uczyli moje serce odczuwania pięknej miłości wypływającej nieustannie z Serca Pana Jezusa.

Już 25 lat służę Panu Jezusowi w Zgromadzeniu Sióstr Opatrzności Bożej. Wspominam ten czas jako pasmo codziennej duchowej radości nadającej sens mojemu życiu oraz doświadczania opieki i prowadzenia Ducha Świętego. Właściwie była to radość dwutorowa, gdyż Pan Jezus w swojej hojności powołał do kapłaństwa także mojego brata Mariusza. W ten sposób Bóg prowadził mnie przez kolejne placówki i zadania, które wykonywałam z radością serca.

 Choroba

Kilka lat temu rozpoczęły się moje problemy gastryczne. Jednak przy restrykcyjnej diecie udawało mi się je znosić z optymizmem i przekonaniem, że tak ma być. Z perspektywy czasu widzę, że to były pierwsze lekcje szkoły cierpienia. W 2017 r. na moim języku pojawiły się guzy, które trzeba było usunąć. Nadzieja przegrała z realizmem, gdyż wynik histopatologiczny okazał się ujemny, podobnie jak szansa na wyzdrowienie. Duch Święty i mój Anioł Stróż prowadzili mnie po coraz węższej kładce fizycznych możliwości, gdyż choroba zaczęła się rozwijać i dawać coraz dotkliwsze dolegliwości.

Skierowanie na onkologię było dla mnie przykrym faktem. Wkrótce jak grom z jasnego nieba wybrzmiała z ust lekarza diagnoza: najzłośliwszy z nowotworów. Wiązało się to z koniecznością usunięcia języka, podniebienia, żuchwy i węzłów chłonnych. Lekarz zapoznał mnie z realiami bardzo trudnej i skomplikowanej operacji. Cóż bym uczyniła w tej sytuacji, gdybym nie miała poczucia, że jestem w sercu kochającego Jezusa, w ramionach Jego i mojej Matki? Gdybym nie posiadała łaski rozumienia odkupieńczej miłości Krzyża Chrystusa?

Droga zawierzenia

Łzy powodowane naturalnym lękiem przed bezmiarem bólu i ograniczeń w fizycznym funkcjonowaniu mieszały się z coraz wyrazistszym rozumieniem sensu zmartwychwstania. Doświadczałam więc także coraz głębszego zawierzenia. Zdecydowałam się na operację z ufnością w wypełnienie woli Bożej. Powierzyłam się opiece błogosławionych męczenników z Pratulina, którzy obronę wiary i Kościoła przypłacili życiem.

Operujący mnie lekarz wynik tak rozległej operacji nazwał cudem. Nowy język utworzony z mięśnia mojej piersi podjął funkcję wspomagania mowy. W tej chwili jestem na niełatwej radioterapii. Obcisła maska dotkliwie uciskająca głowę i okaleczoną, pełną gojących się szwów twarz daje mi przy każdym seansie wczuwać się w ból Jezusa w koronie cierniowej. Za każdym razem łączę ten ból z jakąś intencją modlitwy, pamiętając, że Chrystus świadomie ofiarował swoje cierpienia za grzechy całego świata, dając każdej duszy szansę na życie wieczne.

Fizycznie funkcjonuję dzięki odżywianiu dojelitowemu. Cieszę się, że  odrobina sił, które mam, wystarcza mi, by codziennie uczestniczyć we Mszy św. w szpitalnej kaplicy – w znacznej mierze przez modlitwę myślną. Jednak największym i najgłębszym bólem mojego serca jest niemożność przyjmowania Pana Jezusa Eucharystycznego.

 Ku najpiękniejszej miłości

Taki jest w tej chwili mój czas uświęcający ofiarę drogi krzyżowej Pana Jezusa i Jego umierania. Krzyż mojej choroby dopuszczony przez Bożą opatrzność odsunął mnie od dotychczasowej pracy w Chrystusowym Kościele. Wiem jednak, że moja obecność wśród pracowników służby zdrowia i pacjentów, tak bardzo przybitych ciężarem choroby nowotworowej, ma Boży sens. Jest świadectwem mocy wiary i modlitwy wstawienniczej.

Na ile mogę, zapominam i przebaczam tym, którzy mnie skrzywdzili i zranili. Teraz liczy się tylko moje zdrowienie w dłoniach Jezusa, moja zraniona pierś przy Jego – także zranionej. Tyle miłości Bóg posyła mi przez ludzi. I to jest ważne na dziś. Kiedyś wróci piękne uwielbione ciało. Moje blizny to obrączka – znak mojej miłości do Ukrzyżowanego. On też taką nosił. Cieszę się, że mam tylu przyjaciół w chorobie. Poranek zmartwychwstania jest uzdrowieniem duszy najpiękniejszą miłością, która nigdy nie umiera.

 


Partnerzy medialni