Wszystko jest łaską

KS. PAWEŁ SIEDLANOWSKI

„Przez wszystko do mnie przemawiałeś – Panie. Przez ciemność burzy, grom i przez świtanie” – pisał Norwid w wierszu Modlitwa, spoglądając wstecz na swoje życie.

Na bezkresnym oceanie rozbił się statek. Ocalał tylko jeden człowiek. Z tego, co udało mu się wyłowić z wody i znaleźć w dżungli, z pomocą prowizorycznych narzędzi zbudował szałas. Każdego dnia spacerował po plaży, mając nadzieję, że gdzieś w oddali zobaczy statek. Tej nadziei i wiary w Bożą Opatrzność nigdy nie stracił – modlił się przy tym żarliwie o ocalenie. Któregoś dnia podczas spaceru plażą odwrócił się i zamarł: jego dom, wzniesiony z takim trudem na wysokim klifie, płonął! Zrozpaczony padł na piasek i zaczął wołać: „Boże, dlaczego?! Nigdy nie zwątpiłem w Ciebie, a Ty zabierasz mi nawet tę odrobinę, która mi pozostała?!…”. I zmęczony, bez sił zasnął na piasku.

Obudził go nieznany szelest. Podniósł głowę i oniemiał ze zdziwienia! Do brzegu dopływała szalupa z marynarzami, niedaleko na kotwicy stał statek.

– Jak mnie znaleźliście?! Skąd wiedzieliście, że tu jestem?!… – krzyknął uradowany.

– Jak to skąd? Przecież dawałaś nam znaki dymne!

Nowy początek

Lubię tę historię. To przypowieść o Bogu, dla którego koniec – w naszym ludzkim rozumieniu – staje się początkiem. On bowiem z największego zła, bagiennej stagnacji może wyprowadzić dobro. I niekiedy pozwala, by  coś uległo w naszym życiu spopieleniu – z jednego tylko powodu: aby nas uratować.

Wszystko jest łaską – powtarzała często św. Teresa od Dzieciątka Jezus. Trudności, krzyże, znaki zapytania, nawet sytuacje wyznaczone przez hiobowe pytania o sens cierpienia. One też prowadzą do Spotkania.

Lubimy przebywać w „strefie komfortu”, nawet jeśli towarzyszy temu przekonanie o miernocie, która zaczyna ogarniać umysł czy serce, albo gdy zakłuje wyrzut sumienia przypominający o zakopanym talencie. Kurczowo trzymamy się przyzwyczajeń, ponieważ one dają złudne poczucie bezpieczeństwa, konserwują stagnację.

„Mówię paciorek, chodzę do kościółka, unikam brzydkich słów. Modlę się codziennie do Bozi. Kłaniam się Jezuskowi w żłóbeczku” – to, wbrew pozorom, nie sposób obrazowania świata kilkuletniego dziecka, ale język dorosłych ludzi, słowa padające z ust osób mających się za wykształconych i poważnych. Jezus nie ma szans się przebić – firewall infantylizmu, a zarazem jakiegoś dziecinnego „zagapienia” stanowi zaporę nie do pokonania. I stąd konieczność terapii wstrząsowej. Stąd też kryzysy znaczące historię Kościoła od pierwszych dni jego istnienia, które co rusz każą nam szukać szansy na zmianę myślenia.

Stromy szlak

„Człowiek do rozumienia świata dochodzi powoli, do rozumienia Boga jeszcze wolniej. Kiedy Bozia ma przeistoczyć się w Boga?” – pytał ks. Tomasz Horak w jednym ze swoich felietonów. „Kiedy paciorek ma stać się pacierzem, a kiedy wreszcie modlitwą? Kiedy grzech powinien być rozumiany jako moralna wina? Kiedy opłatek – być świętą Obecnością Pana? Więcej jest takich progów w rozwoju naszej religijnej świadomości.

A jeśli ktoś ich nie przekroczy? Jak znam życie, prędzej czy później jego wiara skamienieje w dziecinnej postaci. I nie będzie miała wpływu na życie. A być może w ogóle zaniknie i pozostanie tylko sentymentalnym wspomnieniem wczesnego dzieciństwa. Niektórzy mimo to deklarują się jako wierzący, inni stają się wojującymi ateistami. Ale oni nie z Bogiem walczą, tylko ze swoim dzieciństwem, z którego nikt nie pomógł im wyrosnąć”.

Kryzysy sprawiają, że zaczynamy pytać, szukać, tracimy pewność. Próbujemy „przekraczać progi”, ruszamy w drogę. I to jest najlepszy moment, by pozwolić się poprowadzić Zmartwychwstałemu, który sam nazwał się Drogą. Nawet jeśli zaboli, a szlak okaże się długi i stromy.

Moc w słabości

Pan Bóg nie zsyła cierpienia, bólu – nie gloryfikuje masochizmu, cierpiętnictwa. Zawsze rodzi we mnie bunt zdawkowe stwierdzenie: „Bo taka jest wola Boża!” „przyklepujące” wypadek, nieuleczalną chorobę, śmierć bliskiej osoby. Bóg, który się cieszy z ludzkiego bólu? Absurd. To nie jest ewangeliczny obraz.

Wielkość Pana Boga leży w tym, że z największego zła, porażki, z ludzkiej nędzy potrafi wyprowadzić dobro. Obudzić nimi człowieka, wskazać inny świat, powstrzymać w gonitwie bez celu. Ileż postaci w panteonie świętych i błogosławionych musiało dotknąć dna, odnieść rany, by wewnętrznie zmartwychwstać? Bóg, szanując naszą wolną wolę, jednocześnie dopuszcza trudy – tak jak rodzic bierze pod uwagę możliwość upadku, nabicia sobie bolącego guza przez dziecko, które uczy się chodzić.

Iluż spotkałem w życiu ludzi, którzy mówili: „Gdyby nie wypadek, nie znalazłbym Boga. Gdyby nie utrata pracy w korporacji, byłbym duchowym trupem – zapędziłbym się w wyścigu szczurów na śmierć. Gdyby nie choroba, moje grzechy, namiętności zadusiłyby mnie. Gdyby nie zmiana pracy, moja żona już dawno nie byłaby ze mną”.

Znam mężczyznę, który wygrał „szóstkę” w totolotka. Jest dziś nędzarzem – pieniądze skłóciły rodzinę, zniszczyły relacje. Został sam.

Nigdy nie wiemy, co jest naszym błogosławieństwem, a co przekleństwem. Tylko Bóg zna odpowiedź na ów odwieczny dylemat. Dlatego tak ważna jest ufna modlitwa: „Ojcze, bądź wola Twoja! Ty wiesz lepiej. Prowadź! Rozświetlaj moje ścieżki!”. „Chociażbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną!” (Ps 23, 4).

To punkt dojścia chrześcijańskiej nadziei.

 


Partnerzy medialni