Zuzia ‒ jedna na milion

Ta opowieść jest o dziewczynce, która wniosła w życie innych wiele dobra, mimo że urodziła się poważnie chora i w każdej chwili może umrzeć. To także historia o tym, w jak niezwykły sposób działa nasz Pan, posługując się tym, co po ludzku słabe, kruche i niedoskonałe. Taka jest bowiem Jego niezgłębiona miłość do człowieka.

Zuzia ma dziś dwanaście lat. Od trzech lat jest przykuta do łóżka i podłączona do specjalistycznej aparatury.

– Nie widzi, nie mówi, właściwie nie ma z nią kontaktu, ale doskonale wyczuwa obecność bliskich. ‒ Tak pani Ania, mama Zuzi, opisuje sytuację, w której rodzina była zmuszona zostawić córkę pod opieką pielęgniarki, a ona zasypiała dopiero wówczas, gdy rodzice wrócili do domu ‒ czekała na nich.

Kiedy proszę pana Piotra, tatę dziewczynki, o przedstawienie swojej rodziny, on w ogóle nie wspomina o tym, że jego córka jest chora. Zapytany dlaczego, mówi, że dla nich to jest normalność:

‒ My żyjemy jak normalna rodzina.

Zobaczyliśmy Jezusa

Piotr: Ania i ja jesteśmy małżeństwem od 20 lat. Mamy czworo dzieci: Filipa (18 lat), Małgosię (która jest już w niebie), Zuzię (12 lat) i Tomka (10 lat).

Ania: Zuzia jest cudownie uratowanym dzieckiem, urodziła się w 25. tygodniu ciąży tak mała, że mieściła się w dłoni swego taty, ważyła zaledwie 850 g. Przedwczesny poród spowodowany był tym, że zawinęła się we własną pępowinę ‒ zdarza się to prawie raz na milion, jak wygrana w totolotka. Tak nam wtedy powiedzieli lekarze.

Piotr: My dzisiaj też możemy powiedzieć, że to jest wygrana. Bo mogliśmy realnie doświadczyć Boga w naszym życiu. Trochę jak Hiob, który mimo że był człowiekiem religijnym i wypełniał wszystkie powinności, to dopiero po ciężkiej próbie, która go dotknęła, mógł powiedzieć, że spotkał Boga. Wcześniej tylko o Nim słyszał. My zobaczyliśmy Jezusa w naszej Zuzi.

Wrócić do Galilei

Piotr: Teraz wiemy, że Bóg przygotował nas wcześniej na tę sytuację. Trzy lata przed narodzinami córki nasz związek niemal się rozpadł. Praca, kariera, pieniądze, życie towarzyskie na wysokich obrotach, bankiety… i małżeństwo zeszło u mnie na dalszy plan. Dla żony, dla której rodzina i dom zawsze były priorytetem, nastał ciężki czas. Oddaliliśmy się od siebie nawzajem, prowadziliśmy już nawet rozmowy na temat rozwodu, ale postanowiliśmy jeszcze raz zawalczyć. Na terapię u psychologa trzeba było długo czekać, więc znajomy polecił nam weekendowy katolicki kurs dla małżeństw. Tam się nawróciliśmy ‒ dotknął nas Jezus, dotknęła nas łaska. Zrozumieliśmy, że nie musimy sami szarpać się z naszymi problemami, bo jest Bóg, który nas kocha. Poczuliśmy tę miłość. Wcześniej myśleliśmy, że wiemy, co jest dla nas najlepsze, a tu nagle w ciągu jednej chwili On nam pokazał, że to wszystko nie jest nic warte, że życie jest w Nim ‒ On jest Ratunkiem, Drogą, Prawdą i Życiem. Trzeba tylko wrócić do Galilei, gdzie wszystko się zaczęło ‒ gdzie uczniowie po raz pierwszy spotkali Jezusa. Od tamtej pory, gdy jest nam trudno, gdy następuje kolejne załamanie zdrowotne i Zuzia może umrzeć, wracamy do naszej Galilei.

Ania i Piotr mają świadomość, że to, co wydarzyło się w ich życiu, spotkałoby ich i tak. Tylko że bez Jezusa nie daliby rady tego udźwignąć. Wiedzą, że Bóg nie jest autorem cierpienia, lecz pomaga człowiekowi przez to cierpienie przejść. Gdy zapraszamy Go do swojej trudnej sytuacji, On daje coś najlepszego na świecie ‒ pokój w sercu.

Bóg nigdy nie rezygnuje

Piotr: Aby wejść w prawdziwą relację z Bogiem, trzeba najpierw pozwolić Mu na oczyszczenie nas z tego wszystkiego, co przeszkadza w kontakcie z Nim. Zedrzeć to z siebie. Dać się ogołocić ‒ tak jak Jezus sam siebie ogołocił, zrównując się z człowiekiem i umierając na krzyżu. Dobrze rozumiem to dopiero dziś. Na początku byliśmy dla Chrystusa trudnymi partnerami, nawet po naszym nawróceniu wiele razy zawracaliśmy z Jego drogi, jednak On nie rezygnował. Człowiek rezygnuje, Bóg nigdy.

Ania: Pan Bóg był i wciąż jest dla nas niezwykle łaskawy i delikatny. Zuzia była dzieckiem bardzo wyczekiwanym ‒ On to wiedział i nie zabrał nam jej od razu; przeżyła, mimo że nikt nie dawał jej szans. A potem powoli oswajał nas z myślą, że będzie trudno. Po narodzinach Zuzi przez dwa lata praktycznie mieszkaliśmy w szpitalu, w tym przez pięć i pół miesiąca, gdy byłam w ciąży z Tomkiem. Jego narodziny przywróciły nam wszystkim normalność, także Zuzi. Uwolniły nas od obsesyjnego pragnienia uzdrowienia jej ‒ zaakceptowaliśmy chorobę córki i znaleźliśmy właściwy dystans do tej sytuacji. „Wróciła też pamięć” o starszym synu: pojawiły się wspólne męskie wypady Piotra i Filipa, wspólne pasje.

W tamtym czasie pani Ania nie miała w sobie żalu i pretensji do Boga. Pan Piotr jeszcze czasem się z Nim wadził. Na przykład wtedy, gdy przez wiele tygodni każdej nocy do 6.00 nad ranem musiał chodzić z Zuzią na rękach, bo miała problemy z oddychaniem i nie spała. Aż pewnego razu o godzinie 3.00, pod wpływem natchnienia Ducha Świętego, zaczął odmawiać Koronkę do miłosierdzia Bożego i… Zuzia zasnęła. Odtąd robił już tak zawsze o tej porze ‒ odmawiał Koronkę, a dziecko zasypiało. Można powiedzieć, że dzięki Zuzi odkrył tę modlitwę.

Błogosławiony, czyli szczęśliwy mimo wszystko

Piotr: Zuzia nauczyła nas także czytać Pismo Święte i nakładać je na nasze życie. Codziennie, razem albo indywidualnie, czytamy czytania na dany dzień. A potem się tym dzielimy i wymieniamy spostrzeżeniami: „O, zobacz! To do nas!”. W Słowie Bożym odnajdujemy siebie. Odkrywamy, że w naszym życiu realizują się Boże błogosławieństwa ‒ to Kazanie na Górze w wersji praktycznej. To, co było do tej pory teorią, co słyszeliśmy w kościele, wypełnia się w codzienności. I nagle doświadczamy, co znaczy być błogosławionym, szczęśliwym bez względu na sytuację. To daje Bóg ‒ obdarza Cię łaską i gwarantuje, że będziesz z Nim szczęśliwy.

Ania: Ludzie, którzy nas nie znają, często się dziwią, jak możemy być szczęśliwi z tym wszystkim. A my naprawdę jesteśmy szczęśliwi. Zuzia jest bardzo nagradzająca. Wiele osób nie chciało wierzyć, że z długą listą poważnych chorób można być aż tak pogodnym i uśmiechniętym dzieckiem. Ale ona doskonale wie, zawsze wiedziała, że ma naszą dwustuprocentową akceptację i może na nas liczyć w każdej sytuacji. Na przykład na Gwiazdkę ‒ gdy nie można było kupić jej prezentu jak pozostałym dzieciom, my taki prezent robiliśmy. Do dziś mam wszystkie te rzeczy i pewnie nigdy się ich nie pozbędę, chociaż Zuzia już z nich nie korzysta.

Słowo Boże kluczem do wszystkiego

Gdy pytam, który fragment Pisma Świętego jest im najbliższy, pani Ania wymienia Psalm 34, bo opowiada ich życie:

„Szukałem Pana, a On mnie wysłuchał i uwolnił od wszelkiej bojaźni” (Ps 34, 5). ‒ To o lękach, które Pan uleczył. O tych wszystkich wyzwaniach, którym musieli stawić czoła i nie bali się. O tym, jak przy inkubatorze Zuzi nauczyli się wspólnie modlić…

„Oto biedak zawołał, a Pan go usłyszał i wybawił ze wszystkich jego ucisków” (Ps 34, 7). ‒ Bycie ubogim kojarzone jest zazwyczaj z ubóstwem materialnym. Dla Ani i Piotra ubogi to ktoś U BOGA ‒ zdany wyłącznie na Niego. To Zuzia nauczyła ich tego, by „zawiesić się” na Bogu, gdy po ludzku już nic nie da się zrobić.

„Bójcie się Pana, święci Jego, gdyż bogobojni nie doświadczają biedy” (Ps 34, 10). ‒ Wielokrotnie tego doświadczyli: nawet w ekstremalnie trudnych sytuacjach działy się w ich życiu rzeczy, których sami nigdy by nie wymyślili, cuda, o jakich nawet nie marzyli. I zawsze im towarzyszyli dobrzy ludzie: przełożeni i koledzy z pracy, rodzina, przyjaciele, znajomi, lekarze, rehabilitanci, księża… No i święci: św. Jan Paweł II, św. ojciec Pio, św. Rita…

Panu Piotrowi najbliższe jest zdanie, które Chrystus skierował do św. Tomasza: „Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli” (J 20, 29).

Piotr: Ja to zdanie noszę w sercu, bo zostało powiedziane po tym, jak św. Tomasz dotykał ran Chrystusa. Pamiętam Wielki Piątek kilka lat temu, kiedy Zuzia odchodziła, a ja przyjechałem do szpitala pożegnać się z nią. Była godzina 15.00. Po różnych zabiegach i badaniach, pobraniach krwi, które za każdym razem trzeba było wykonywać w innych miejscach, bo żyły niemal się rozsypywały, dziecko było wycieńczone i praktycznie bez życia, z ranami, które już nie chciały się goić. I te żywe rany znajdowały się w najbardziej symbolicznych miejscach ‒ na dłoniach, na stopach, na czole, do tego otwór po gastrostomii na brzuchu. Patrzyłem na moje dziecko i widziałem Jezusa. I czułem się jak św. Tomasz, mogłem dotknąć tych ran.

Maryja – kobieta z klasą

Piotr: Wśród wersetów, które napotykamy w Biblii, nie ma takiego, którego byśmy nie przerobili we własnym życiu. Patrzę na Boże Narodzenie i jako mężczyzna dużo lepiej rozumiem św. Józefa, bo sam przeszedłem przez podobne doświadczenia. Jak dziś pamiętam, gdy w grudniu 2000 r. przyjechałem do Warszawy i wynająłem mieszkanie na Tarchominie, który wtedy znajdował się na końcu świata ‒ w szczerym polu powstawały nowe bloki. Żona była wówczas w ciąży. I ja, taki dumny z siebie, podekscytowany przywożę tu Anię ‒ a ona… ma w oczach przerażenie. Wokół ciemności i błoto, nie ma latarni, chodników, żadnego sklepu ‒ bała się, że sobie nie poradzi z małym dzieckiem w takim miejscu. Potem, jak wracałem myślami do tej sytuacji, widziałem św. Józefa, który na osiołku wiezie ciężarną Maryję. Przybywają do Betlejem, w którym nie ma dla nich miejsca, i on mówi Jej ‒ pewnie dumny z siebie ‒ że znalazł coś fajnego, stajnię. Nie wiem, co pomyślała wtedy Maryja, ale miała w sobie naprawdę dużo klasy, że to przyjęła. Myślę, że nawet pochwaliła Józefa.

Z Piotrem i Anną Zworskimi rozmawiała Małgorzata Stachera

 

 


Partnerzy medialni