Z RÓŻAŃCEM W CHEŁMŻY

Chełmża w latach 1251-1824 była stolicą diecezji chełmińskiej, obecnie zaś leży w diecezji toruńskiej. 6 października, w wigilię Matki Bożej Różańcowej, pielgrzymi z Kół Żywego Różańca diecezji toruńskiej wspominać będą bł. Stefana Wincentego Frelichowskiego, który urodził się w Chełmży 22 stycznia 1913 r.

Był synem tutejszego piekarza, w tym mieście ukończył gimnazjum, zdał maturę i tu zrodziło się jego powołanie do kapłaństwa. Jako młody chłopiec należał do wielu stowarzyszeń katolickich, w tym do grupy modlącej się na różańcu. Zmarł w Dachau w opinii świętości trzy miesiące przed zakończeniem drugiej wojny światowej.

Z okazji Roku Jubileuszowego 2000 odbył się w Rywałdzie I Kongres Różańcowy, wieńczący siódmą pielgrzymkę czcicieli Żywego Różańca. W tym roku już po raz ósmy spotkają się pielgrzymi Kół Żywego Różańca, tym razem nie w sanktuarium maryjnym, lecz w Chełmży – miejscu życia i dojrzewania do świętości Wincentego Frelichowskiego. Pielgrzymów przywita ordynariusz toruński bp Andrzej Suski, który wraz z nimi przejdzie procesjonalnie z konkatedry pw. Świętej Trójcy na chełmżyński rynek, gdzie na wiernych czekać będą władze miasta cieszące się z możliwości takiego spotkania, a także przybyli goście. Potem wszyscy wrócą do konkatedry na Mszę świętą z homilią wygłoszoną przez proboszcza, ks. Zygfryda Urbana, który ukaże wartości najbardziej cenione przez bł. Wincentego, np. kult Matki Bożej. Po Mszy świętej – krótka agapa, później modlitwa różańcowa i Droga Krzyżowa nad malowniczym Jeziorem Chełmżyńskim.
Moderator Kół Żywego Różańca w diecezji toruńskiej, ks. Gerard Gromowski, jest pewien, że modląc się na różańcu, pogłębiamy wiarę w sobie i wypraszamy łaskę wiary dla tych, którzy ją utracili. Zachęca czcicieli Żywego Różańca z innych diecezji do wzięcia udziału w tej pielgrzymce. Dojazd jest prosty: z Torunia należy jechać w kierunku Grudziądza. Druga stacja to Chełmża.

Śladami błogosławionego

W życiu każdego chrześcijanina gorliwie pełniącego wolę Bożą przychodzi taka chwila, w której on sam musi określić głębię swojej miłości do Boga i do ludzi. Pan Bóg nikogo do heroiczności nie zmusza, mówi jedynie: „Jeśli chcesz… to masz teraz odpowiednie warunki, by pokazać, jak Mnie miłujesz w braciach”.
Bł. Stefan Wincenty Frelichowski rozumiał kapłaństwo jako nieustanną służbę, nie pracował „od… do…”. Nawet obóz koncentracyjny traktował jako swoją parafię. A przecież nie musiał poczuwać się do bycia proboszczem w takim miejscu. „Wszędzie go było pełno – wspomina jeden ze świadków życia błogosławionego, Krystyna Podlaszewska. – Dwoił się i troił. Wyszukiwał przede wszystkim ludzi cierpiących i znajdujących się w szczególnej depresji, których pocieszał, umacniał…”.

Ks. Wicek nie dbał o sprawy doczesne, rozumu i sił używał wyłącznie w jednym celu – ratowania człowieka! Nie kalkulował, nie rachował się z Bogiem co do zasług. W chwili gdy wyzwolenie było tuż tuż, wszystko postawił na jedną kartę. Mimo ostrzeżeń o panującej epidemii przekradał się przez druty i okna, niosąc słowa pociechy, ludzką życzliwość, kapłańskie rozgrzeszenie do baraku, gdzie umieszczano chorych na tyfus plamisty. Trudno nawet sobie wyobrazić, jak ważna była to pomoc dla umierających, zupełnie opuszczonych i pozostawionych swojemu losowi. Ks. Wicek zaraził się od nich tyfusem, do którego dołączyło się zapalenie płuc. Osłabiony organizm nie wytrzymał choroby i 23 lutego 1945 r. nad ranem ks. Frelichowski zmarł. Niecałe trzy miesiące później zakończyła się wojna…

Wincenty Frelichowski pragnął zostać świętym. Zachował się jego pamiętnik, będący zapisem dziejów duszy młodego chłopca, późniejszego kleryka seminarium duchownego w Pelplinie. Chęć pisania pamiętnika była związana z dążeniem Wicka do utrwalania drobnych postanowień, swoistym rachunkiem sumienia, gdyż chciał być kapłanem „wedle Serca Bożego”. To pragnienie nieustannie konfrontował z rzeczywistością: „Samotne życie księdza. Zawsze sam. Czemu ja zawsze sam tylko jestem? Czemu myśli moje jakieś inne od myśli mych towarzyszy? – pisał w seminarium. – Samotnym byłem przez gimnazjum, samotnym obecnie. Czy samotnym mam być przez całe życie? Czym jest życie księdza? Samotnością. Żyje w świecie, żyje w społeczeństwie, dla społeczeństwa pracuje, ale do społeczeństwa nie należy”. Na swoim obrazku prymicyjnym napisał: „Przez krzyż cierpień i życia szarego – z Chrystusem – do chwały zmartwychwstania”. Zastanawiał się nad istotą świętości. Wnioski, do których doszedł na końcu pamiętnika, są podsumowaniem jego drogi duchowej: „Moje serce pragnie miłości (…). Potrzebujemy takiej istoty, która naprawdę nie ma żadnych braków ani umysłu, ani ciała. Za tą istotą tęsknimy i jej szukamy. I gdy ją poznamy, to zupełnie owładnie nasze serce, na zawsze. I już nie potrzeba nam żadnej innej miłości i nie przyjdzie też inna miłość, dopóki tę istotę będziemy poznawali jako ten ideał, za którym tęsknimy w głębi naszej duszy. Tą istotą jest Jezus”.

To ze względu na Jezusa Wincenty poważnie podchodził do swoich obowiązków związanych z funkcjami pełnionymi w harcerstwie i Sodalicji, kiedy był jeszcze gimnazjalistą. Zastanawiał się, czy może przyjąć godność drużynowego. Skoro sam nie jest jeszcze wydoskonalonym w cnotach, jak może przewodzić innym? I tym razem wniosek, do którego doszedł, zdumiewa dojrzałością, pokazując jednocześnie początkowy etap jego życia wewnętrznego: „Pchać drużyny, aby wegetowała, nie chcę, a na wyżyny jej nie dostanę”. Przyjdzie czas, kiedy Wicek doświadczy, że „moc w słabości się doskonali”, a na razie pisze w pamiętniku: „Ja sam wierzę mocno, że państwo, którego wszyscy obywatele byliby harcerzami, byłoby najpotężniejszym ze wszystkich. Harcerstwo bowiem, a polskie szczególnie, ma takie środki, pomoc, że kto przejdzie przez jego szkołę, to jest typem człowieka, jakiego nam teraz potrzeba”. Marzyło się Wickowi państwo ludzi mocnych, niezłomnych, wiernych Bogu i wartościom chrześcijańskim. Z pewną odmianą „mocnych ludzi”, wiernych przyjętym przez siebie zasadom, już wkrótce zetknął się osobiście, pielgrzymując po ich kultowych obozach: Fort VII w Toruniu, Nowy Port, Stutthof, Grenzdorf, Sachsenhausen i w końcu Dachau – szczyt jego męczeńskiej drogi. Można przypuszczać, że wówczas jasno już ujrzał, iż pokładanie nadziei w ludzkiej mocy i doskonałości może być zgubne, bo prawda o człowieku to prawda o istocie słabej, kruchej, ograniczonej, skłonnej do egoizmu, grzechu, a przez to całkowicie zależnej od Boga Zbawcy.

Refleksja o prawdzie ludzkiej kondycji pojawia się na samym końcu pisanego przez Wicka pamiętnika. 15 marca 1939 r., w drugą rocznicę prymicji, zanotował: „Pierwszy raz, będąc kapłanem, piszę w pamiętniku (…). Nie umiem wyrazić mych obecnych myśli. Niech te chwile mego wahania życiowego i odchodzenia od Ciebie staną mi się obecnie mocą. Boże, chcę być naprawdę kapłanem”. Chrystus odpowiedział na tę gorącą prośbę ks. Wincentego i w scenerii uwłaczającej ludzkiej godności On sam za pośrednictwem ust, nóg, rąk ks. Wincentego Frelichowskiego niósł heroiczną pomoc. A to kruche, ale wielkie Bożą miłością naczynie, uczynił błogosławionym, bo niosącym braciom Boga.

DOROTA NAREWSKA

 


Partnerzy medialni