Gdy udręczone ciało Jezusa spoczywało w grobie, Jego ludzka dusza „zstąpiła do piekieł”. Oznacza to, że Syn Boży naprawdę umarł, w ten sposób zwyciężając śmierć i szatana.
Pod moim rodzinnym Krakowem, na urokliwym terenie Ojcowskiego Parku Narodowego, w Prądniku Korzkiewskim stoi maleńka kaplica, jakich w Polsce jest – wydawałoby się – wiele. Ona jednak kryje w sobie zaskakującą tajemnicę. Jest nią samo wezwanie: kaplica Zstąpienia Chrystusa Pana do Otchłani.
PROMIEŃ NADZIEI
Jak czytamy w Katechizmie Kościoła katolickiego, zstąpienie Chrystusa do piekieł oznacza po pierwsze, że Bóg-Człowiek rzeczywiście doświadczył śmierci, czyli oddzielenia duszy od ciała. Po drugie potwierdza to, że On jest zwycięzcą szatana, którego pokonał ostatecznie jego własną bronią. Po trzecie wejście Jezusa w otchłań oznacza uniwersalizm dzieła zbawienia, dając nadzieję na życie wieczne nie tylko żyjącym po Nim, lecz także przed Nim: ci, którzy żyli na ziemi już po założeniu Kościoła, przez krzyż Chrystusa mają dostęp do pełnej radości w równym stopniu, co ci, którzy umarli przed Jego narodzeniem. Po czwarte zstąpienie Syna Bożego do piekieł jest dla całej ludzkości potwierdzeniem przywrócenia jej początkowego stanu sprawiedliwości przed Bogiem – właśnie dlatego, że w Jego Osobie w chwili wcielenia ucałowały się sprawiedliwość i pokój, a wierność, która wyrosła na krzyżu z ziemi, spotkała się z łaskawością nieba (por. Ps 85, 10-12).
Wszystko to pozwala nam widzieć w ciszy Wielkiej Soboty zwiastuny tej nadziei, która zawieść nie może, jak zapewnia nas św. Paweł Apostoł (por. Rz 5, 5). Nie oznacza to oczywiście, że zwycięstwo Chrystusa nad szatanem zlikwidowało piekło, więc nie spotkają nas już żadne konsekwencje złych wyborów. Stan wiecznego potępienia, w którym trwają demony oraz ludzie odrzucający świadomie i dobrowolnie możliwość zbawienia, nie został usunięty. Jednak Bóg jest Miłością Absolutną, On nigdy nie unicestwi żadnej istoty, którą raz powołał do życia – nawet tych aniołów i tych ludzi, którzy Go odrzucili. Wieczność w mękach odłączenia od Niego pozostaje realną możliwością dla każdego z nas.
ŻAR MIŁOŚCI
Pomimo tego fakt zstąpienia Jezusa do piekieł pozwala wierzyć, że miłość Boga ma moc wniknąć do otchłani każdego serca i opromienić mrok każdej duszy. Wielki szwajcarski teolog i sługa Boży Kościoła katolickiego kard. Hans Urs von Balthasar właśnie z tego czerpał nadzieję – i popierał ją pokorną modlitwą. „Człowiek, który odwrócił się od Chrystusa przepowiadającego i nie chciał zatrzymać się przy Ukrzyżowanym – dowodził – odnajduje w samym centrum swojego piekielnego osamotnienia «bezsilną» miłość Boga”. Ta „bezsiła” miłości może się okazać silniejsza od jakiejkolwiek siły.
We wspomnianej wyżej kaplicy w Prądniku Korzkiewskim, we wnętrzu tak małym, że właściwie całe można by uznać za prezbiterium, umieszczono ogromny, drewniany krzyż – a na nim namalowany wizerunek żyjącego Jezusa. Zbawiciel wyraźnie schodzi po pionowej belce krzyża. Jego dłonie wyciągają się ku licznym duszom, które tłoczą się poniżej kroczących ku otchłani stóp. I są już te Jezusowe stopy i dłonie niczym nieskrępowane, wolne od gwoździ – ale nadal przebite, noszące ślady męki. Postać Chrystusa odziana w długą, świetlistą szatę promienieje, rozświetlając ciemne, drewniane belki krzyża.
Fakt zstąpienia Jezusa do piekieł pozwala wierzyć, że miłość Boga ma moc wniknąć do otchłani każdego serca i opromienić mrok
każdej duszy.
Opisując obrzęd pogrzebu Jezusa, Łukasz Ewangelista kończy zdaniem: „Był to dzień Przygotowania i szabat zaczynał jaśnieć” (Łk 23, 54). Miał na myśli oczywiście światło białych szabatowych świec, które w piątkowy wieczór zapalały kobiety w każdym żydowskim domu. I właśnie wtedy, gdy zapadający zmrok ustępował przed blaskiem płomieni, Ten, który jest jedyną Światłością świata, wszedł w każdą z ludzkich ciemności, aby wypełnić je sobą.
ŚWIATŁO WIARY
Z pewnością wierzyła w to przede wszystkim Maryja, o której Kościół w jednej z wielu przepięknych prefacji mówi: Ona „stała się dla pielgrzymującego ludu znakiem pociechy i niezawodnej nadziei”. Miecz boleści, który przebił Jej duszę w piątek, nie zdołał unicestwić w Jej sercu miłości, wiary i nadziei. Bóg prowadził Ją przecież ku tej chwili. Na Golgocie jedynym dowodem tej nadziei było martwe ciało Syna, które trzymała w ramionach. To ciało, którym stało się w Niej Słowo. W ten dzień, gdy człowiek zabił Boga, paradoksalnie to właśnie śmierć stała się jedynym dowodem na istnienie życia.
A potem przyszła chwila, gdy zabrali Jej także to ciało i zamknęli je w grobie – a razem z nim zatrzasnęli w ciemnościach Jej serce. Wtedy Ona zeszła z Golgoty do Jerozolimy – zstąpiła do miasta, które zabija proroków, do ludzi, którzy zabili Jej Dziecko – i stała się dla nich Matką, posłuszna testamentowi Syna. I kiedy rozpoczęła się Pascha – Ona była jak szabatowa świeca, którą w żydowskim domu rozpala zawsze kobieta. To właśnie Maryja przechowała w swym niepokalanym, pełnym łaski sercu całą wiarę Kościoła.
W religii żydowskiej dzień szabatu jest czasem świętego odpoczynku w Bogu, który stworzył świat. Przez dzieło śmierci i zmartwychwstania Jezus Chrystus dokonał aktu Nowego Stworzenia. Właśnie wtedy, gdy ludzkie ciało Boga zostało uwięzione w grobie, a Jego wyznawcy weszli w ciemną noc wiary, do istnienia powoływane były „niebo nowe i ziemia nowa”, które św. Jan Apostoł później ujrzał i opisał w Apokalipsie (21, 1). Wtedy, tej nocy, najciemniejszej ze wszystkich, Maryja sama podtrzymała wiarę całej ludzkości – siłą miłości jednego serca. Podtrzymała gasnący płomień, ostatnią iskrę – aż do tego niedzielnego poranka, gdy zmartwychwstała Światłość świata. Trzeba nam w szkole Maryi uczyć nasze serca tej odwagi wiary w ciemnościach. Tego uczy nas każda Wielka Sobota.
Artykuł pochodzi z Miesięcznika Różaniec – KWIECIEŃ 2025 r.
Wydawnictwo Sióstr Loretanek POLECA
Spotkania ze Zmartwychwstałym. Droga światła
o. Jacek Salij OP
Rozważania o. prof. Jacka Salija OP, które proponujemy Czytelnikom, są pogłębioną, lecz przystępnie napisaną refleksją o spotkaniach uczniów z Jezusem zmartwychwstałym; są też zachętą, byśmy i my, jak uczniowie idący do Emaus, pozwolili Jezusowi dołączyć do nas w naszym „tu i teraz”.
