Rozmowa z Arturem Miernickim mężem, nauczycielem gitary klasycznej w Państwowej Szkole Muzycznej w Ostrołęce.
W tym miesiącu przypada wiele rocznic związanych z życiem bł. ks. Ignacego Kłopotowskiego, założyciela i pierwszego redaktora naczelnego „różańca”, człowieka zakochanego w matce Bożej. od czego zaczęła się pana osobista przygodna z tym charyzmatycznym kapłanem?
Wszystko zaczęło się od różańca. Miałem przykład mojego taty. Widziałem go zawsze modlącego się na różańcu, nawet gdy ja jeszcze nie rozumiałem tej modlitwy. Ten obraz noszę w sobie. Kiedyś, jeżdżąc do pracy, słuchałem muzyki, ale czegoś mi brakowało. Zacząłem więc się modlić, zwłaszcza za swoich uczniów, żeby poznali Pana Boga, żeby poznali też różaniec. I to był pierwszy krok na drodze poznania tego różańcowego kapłana.
A potem trafił pan, jak to z muzykami bywa, na koncert…
Tak, zobaczyłem, że w Loretto będzie organizowany koncert „Chodź z Bogiem, a Bóg będzie z tobą”. Pomyślałem, że przygotowują duże wydarzenie, więc może też moja gitara im się przyda. I tak przyjechałem do polskiego Loretto. Wcześniej słyszałem o tym miejscu, wiedziałem, że jest tam sanktuarium, ale nigdy tam nie byłem. Wówczas poznałem ks. Ignacego, bo jak się okazało, to był koncert z bł. Ignacym Kłopotowskim, podczas którego przybliżano jego postać.
Ks. Ignacy znał się na ludziach, wiedział, jakim językiem przemówić do artysty. Czy po tym wydarzeniu Wasze drogi się zeszły?
Dołączyłem do grupy uwielbienio- wej. Zaczęły się cykliczne adoracje w Loretto, więc przyjeżdżałem tam raz w miesiącu. Po tym koncercie przyjaciele zamówili tam też Mszę Świętą w intencji mojego małżeństwa. Po Eucharystii poszliśmy z żoną, żeby wylosować z koszyka myśl bł. Ignacego. Wyciągnąłem karteczkę ze słowami: „Proś o wiele, o bardzo wiele, bo wiele więcej niż się spodziewasz, Jezus dać ci może i da”. Te słowa bardzo mocno zapadły mi w serce. Zakorzeniły się i dały nadzieję. Zrozumiałem, że mogę prosić Jezusa o wszystko.
I nadszedł moment, aby tej myśli szczególnie posłuchać.
Dostałem SMS od mamy mojej uczennicy Poli z prośbą o modlitwę za nią, bo się okazało, że dziewczynka ma nieoperacyjny nowotwór. Wracając z pracy, postanowiłem pojechać do kaplicy wieczystej adoracji. Opowiedziałem o tym Jezusowi i prosiłem o wsparcie. Pytałem, co mam zrobić. Mówiłem, że jestem otwarty na pomoc, tylko niech mnie w tym poprowadzi. Jak wyszedłem z kaplicy, poprosiłem przyjaciół o ratunek modlitewny dla Poli. Jednak serce mnie prowadziło do Loretto, do miejsca, które kupił i poświęcił Matce Bożej ten kapłan, którego poznałem na koncercie.
Jakby ks. Ignacy wołał Pana do siebie. od początku kapłańskiego życia nie był mu obojętny los starców, sierot czy pogubionych kobiet. Miał serce otwarte na ludzką biedę.
Tak, to on mi się przypomniał. W niedzielę nagle wypadł mi jego obrazek i dzięki temu przypomniałem sobie wylosowany kiedyś cytat. Czułem, że właśnie u niego znajdę ratunek. Na miejscu spotkałem s. Darię, tamtejszą przełożoną. Powiedziałem, że przyjeżdżam po ratunek dla mojej uczennicy i wierzę głęboko, iż tutaj go znajdę. Siostra wysłuchała historii Poli i dała dla dziewczynki dwie relikwie ks. Ignacego. Mniejszą do szpitala, a drugą – w małym relikwiarzu – żeby peregrynowała po rodzinach. Około 80 rodzin przyjęło wówczas te relikwie. Rozpoczęła się wielka modlitwa, a ja cały czas towarzyszyłem rodzinie. Trwało to pół roku. Wspólnie przeżywaliśmy cierpienia i zaskakujące zwroty akcji. Mogłem się wtedy wiele nauczyć od Poli, szczególnie tego, jak przyjmować cierpienie.
Ignacemu widocznie bardzo zależało na tym, aby „wmieszał się” pan w tę sytuację.
Tak, gdy dostałem relikwie, to najpierw poszedłem do o. Jerzego, tamtejszego kapelana, aby pobłogosławił mnie na drogę do szpitala. Rzuciłem żartem, że chyba bł. Ignacy dzwoni do mnie na numer 112. O. Jerzy zdziwił się, a ja wytłumaczyłem, że ks. Kłopotowski urodził się tego samego dnia, co ja – 20 lipca – i dzieli nas dokładnie 112 lat. Ten dystans czasowy jest dla mnie jak taki numer alarmowy od niego, którym mnie wezwał.
Obiecał, że będzie nam pomagał z nieba, więc i z nieba telefonuje. Nadal chce zaradzać biedzie materialnej i moralnej ludzi, wchodzić z nimi w bezpośrednią relację. Czy jest coś, co szczególnie pana w nim inspiruje?
Jego miłość do Pana Boga i drugiego człowieka. Jeśli działał w czyjejś sprawie, to wspierał to modlitwą i był szybki w czynach. Ks. Ignacy uczy mnie także cierpliwego znoszenia cierpienia. Nie rozumiałem, dlaczego istnieje cierpienie, skoro Bóg jest miłością. Ks. Ignacy pomógł mi to zrozumieć i odkryć Boży dar: to, że Jezus umarł na krzyżu i cierpiał za nas.
Czy ksiądz, który urodził się w XIX w., może mieć coś do powiedzenia współczesnemu człowiekowi? Może być także dziś orędownikiem w naszych codziennych kłopotach?
To postać wciąż bardzo aktualna. Jesteśmy dziś bombardowani fałszywymi informacjami, prawda jest gdzieś mocno schowana. Promowane obecnie wartości są sprzeczne z dekalogiem. A on pokazywał całym sobą, jak żyć Panem Bogiem, jak stawać w obronie prawdy i czerpać ze źródła: z Eucharystii, z adoracji. Dawał proste wskazówki, na przykład, żeby dzień zaczynać modlitwą, żeby po popełnionych błędach skruszyć swoje serce i pójść do spowiedzi. Żeby nie polegać na sobie, tylko na Chrystusie. Żeby nie popadać w pychę.
Jak dziś wygląda pana relacja z ks. Ignacym?
Jest dla mnie orędownikiem pokazującym Maryję. Nie czuję się bohaterem tej historii, to dla mnie duża łaska, że go poznałem i stałem się prostym narzędziem. Pola też nie znała go wcześniej, ale żyła według tego, co zalecał. To uzdrowienie, w którym Pan Jezus zadziałał przez ręce lekarzy i za jego wstawiennictwem, wciąż promieniuje. To sprawa Boża, ludzie to widzą. „Małe cuda” zaczęły się dziać już wówczas, gdy peregrynowały relikwie. Można powiedzieć, że to zbiegi okoliczności, ale dla wierzących nie ma przypadków. Relikwie trafiły też do mojej rodzinnej parafii w Ostrowi Mazowieckiej i tu peregrynują dziś po rodzinach. Niech teraz tam działa ten dobry ksiądz, bo warto prosić go o pomoc.
Artykuł pochodzi z Miesięcznika Różaniec – Czerwiec 2025 r.
Wydawnictwo Sióstr Loretanek POLECA
Bez wytchnienia
Dorota Krawczyk
Nigdy nie sądziłem i nie przewidywałem, aby mi przyszło kiedykolwiek przed śmiercią opuścić Lublin. A stało się to. Wyjeżdżam do Warszawy dla pracy redakcyjnej, którą prowadzę za pozwoleniem wysokiej mojej Władzy. Zostawiam Lublinowi siedemnaście lat kapłaństwa swego. Najpiękniejszy to okres życia mego… W zamian za to biorę z sobą na pamiątkę ciężki krzyż najrozmaitszych cierpień, które w Lublinie przeszedłem. […]
