Gdy umierał ks. Józef Tischner, bardzo przy tym cierpiąc, któryś z przyjaciół zapytał: Czy cierpienie uszlachetnia? Nie mogąc już mówić, pokręcił przecząco głową. Nie uszlachetnia… Cierpienie jest złe. Tu nie ma z czym polemizować. Samo w sobie nie uszlachetnia. To Bóg uszlachetnia! – pod warunkiem, że razem z Nim je przeżywamy. To Jego mocą rodzi się świętość, nawet wtedy, gdy chorobie i odchodzeniu towarzyszy wielki ból. Czasem dostajemy łaskę, dzięki której zaczynamy rozumieć, że staje się ono PRZYWILEJEM towarzyszenia Jezusowi w Jego cierpieniu. Jednak dostrzega się to dopiero z pewnej perspektywy.

[FMP]

11 lutego obchodzimy Światowy Dzień Chorego. W jakiś sposób to wydarzenie szerzej orientuje naszą uwagę na problem cierpienia, starości, niepełnosprawności. Nie da się ich uniknąć – to tylko my się łudzimy, że nas ominą. Że odpowiednia dieta i zdrowy tryb życia zachowają nas przed nieuchronnym. One mogą, co najwyżej, opóźnić nadejście tego, co nieuniknione. Kto doświadczył w swoim życiu traumy związanej z nagłą śmiercią bliskiej osoby, usłyszał mrożącą krew w żyłach diagnozę lekarską, wie, że pierwsze emocje towarzyszące tym okolicznościom to wcale nie bunt czy rozpacz. One przychodzą później. Pierwsze jest zdziwienie.

– Jak to? Przecież złe rzeczy przytrafiają się innym!…

Niestety, życie jest do bólu realne. Niektórzy pytają:

– Po co choroba? Czy Bóg nie mógłby sprawić, że opustoszeją oddziały szpitalne? A może ten świat jednak się Stwórcy nie do końca udał?

Czy rzeczywiście wszystko jest w nim „dobre”, jak czytamy w Księdze Rodzaju, skoro są w nim też takie „buble”? Nie znam odpowiedzi na to pytanie. Buntuję się jednak, gdy ktoś tłumaczy, że „taka jest wola Boża”. Skąd owa bezduszna pewność? Kto z ludzi ma kompetencje, aby tak orzekać? Adekwatniejsza jest inna odpowiedź: Pan Bóg dopuszcza śmierć niewinnych, bo jest to konsekwencją wolności, jaką nam dał. Jego wielkość, miłosierdzie polega też na tym, że z największego zła i bólu potrafi wyprowadzić dobro. Zaskoczyć nas! W Księdze Hioba znajdujemy słowa: „On zrani, On także uleczy, skaleczy – i ręką swą własną uzdrowi” (Hi 5, 18). Historia Hioba była wielką próbą. Wyszedł z niej zwycięsko, ponieważ nie zwątpił w to, że Bóg cały czas był z nim. W cierpieniu i upodleniu, nawet w skrajnym poniżeniu. Czyż nie to samo stało się z Jezusem? Ukrzyżowanym, sprofanowanym, opuszczonym. Dlatego na Niego należy nieustannie spoglądać, szukając odpowiedzi na trudne pytania.

A jak pomóc osobom chorym, niosącym krzyż cierpienia? One nie chcą fałszywej pociechy, litości, upudrowanej teologii z ust kogoś, kto nawet nie zbliżył się do ich sytuacji. Ani też banałów, z których nic nie wynika. Raz potrzebują samotności, innym razem zwykłej, ludzkiej obecności, towarzyszenia, delikatności, tolerancji dla stanów, jakie im towarzyszą. Zawsze – modlitwy.

Może warto dopuszczać do siebie myśl, że w życiu nie musi być z górki, że siły się kiedyś skończą, zdrowie zacznie szwankować. Spokornieć. To może być błogosławione doświadczenie.

Artykuł pochodzi z Miesięcznika Różaniec – Luty 2020 r.

[/FMP]

Udostępnij

Publicysta, prezes Fundacji Siedleckie Hospicjum Domowe dla Dzieci.