Większość z nas boi się śmierci. I choć jest ona dla nas doświadczeniem nieznanym, spotka nas wszystkich.
Na początek wspomnienie z czasów, kiedy byłem klerykiem w warszawskim seminarium. Niedługo po moich obłóczynach zdarzyło się, że moja ciocia – na co dzień mieszkająca pod Lublinem – trafiła do Szpitala Praskiego w związku z pogarszającym się wzrokiem. Pomyślałem, że zrobię jej miłą niespodziankę i odwiedzę ją na oddziale, a przy okazji po raz pierwszy zaprezentuję się jej w sutannie. Kiedy po znalezieniu właściwej sali podszedłem do jej łóżka, ciocia instynktownie się odsunęła, skuliła się w sobie, a na jej twarzy zarysowało się przerażenie. Dopiero po dłuższej chwili mnie rozpoznała i powiedziała: „Ojej, zobaczyłam sutannę i myślałam, że to już koniec”. Rzecz jasna zadziałało tu proste skojarzenie – skoro do łóżka chorej w szpitalu zbliża się ksiądz, to z pewnością przychodzi z „ostatnim namaszczeniem”, a śmierć jest naprawdę blisko.
NAMASZCZENIE CHORYCH A WIATYK
Przytaczam to wspomnienie, bo daje ono dobry punkt wyjścia do wyjaśnienia pewnych spraw związanych z duszpasterstwem chorych i umierających. Nigdy dość przypominania, że nie istnieje sakrament „ostatniego namaszczenia”. Wśród siedmiu sakramentów znajdujemy za to sakrament namaszczenia chorych „przeznaczony do umocnienia osób dotkniętych chorobą”. Udziela się go nie tylko tym, którzy znajdują się w „ostatecznym niebezpieczeństwie utraty życia” – wystarczy poważna choroba, podeszły wiek lub spodziewana operacja (por. KKK 1511 i 1514).
Sakramentem przeznaczonym na sytuację „ostatecznego niebezpieczeństwa”, kiedy śmierć wydaje się znacznie bardziej prawdopodobna od wyzdrowienia, jest Wiatyk, czyli ostatnia Komunia Święta. I tu ważne wyjaśnienie: w ogromnej większości przypadków, kiedy na ulicy czy na szpitalnym korytarzu widzimy księdza idącego z Najświętszym Sakramentem, nie mamy wcale do czynienia z Wiatykiem. Zarówno w parafiach, jak i w szpitalach, noszenie Komunii Świętej do chorych jest zwyczajnym wyrazem troski o tych, którzy ze względu na chorobę lub podeszły wiek nie mogą już uczestniczyć w Mszy Świętej. Wspominam o tym, bo nieraz zdarzało mi się słyszeć, że chory nie prosił o regularną Komunię i spowiedź, rozumując mniej więcej tak: „Nie jest ze mną jeszcze tak źle, a poza tym, co ja będę księdzu zawracał głowę”.
Wiatyk pod względem istoty nie różni się od zwykłej Komunii Świętej, dlatego nie rozszerzamy listy sakramentów do ośmiu. Tym, co określa specyfikę Wiatyku, jest moment jego przyjęcia i sytuacja przyjmującego: chodzi tu faktycznie o tę chwilę, w której człowiek znajduje się u kresu swojej ziemskiej wędrówki. Można więc powiedzieć, że namaszczenie chorych ukierunkowane jest raczej na podźwignięcie chorego i umocnienie go w jego życiu doczesnym, podczas gdy Wiatyk kieruje go w stronę śmierci. Rzecz jasna, to „skierowanie w stronę śmierci” nie oznacza, że jest on jakby trucizną, która skraca ludzkie życie – takie myślenie byłoby wręcz bluźniercze! Wiatyk, jak każda Eucharystia, „jest pokarmem nieśmiertelności, lekarstwem pozwalającym nam nie umierać, lecz żyć wiecznie w Jezusie Chrystusie” (św. Ignacy z Antiochii). Jeśli kieruje ku śmierci, to na zasadzie dobrego przygotowania na ostatni etap ziemskiej drogi.
POKARM NA DROGĘ
Z obrazem życia jako drogi wiąże się już sama nazwa tego sakramentu: Wiatyk to spolszczone łacińskie słowo viaticum oznaczające „pokarm dawany na drogę”. Choć samo słowo pochodzi jeszcze z czasów przedchrześcijańskich, jego użycie w kontekście sakramentalnym wskazuje na chrześcijański sens życia i śmierci. Życie na ziemi jest wędrówką, pielgrzymką – z jej trudami, zmęczeniem, czasami błądzeniem, z jej radościami i chłonię- tym po drodze pięknem, ale przede wszystkim z jej celem.
Wiatyk, jak każda Eucharystia, „jest pokarmem nieśmiertelności, lekarstwem pozwalającym nam nie umierać, lecz żyć wiecznie w Jezusie Chrystusie”.
Śmierć nie stanowi momentu ostatecznego rozczarowania, kiedy to człowiek zdaje sobie sprawę, że droga nagle się urywa, a cel pozostaje nieosiągalny. Przeciwnie, śmierć jest ostatnim krokiem, który zmęczony pielgrzym stawia, by wreszcie znaleźć się u celu. W opisie Ostatniej Wieczerzy w Ewangelii św. Jana widzimy Chrystusa, który przystępuje do niej, „wiedząc, że nadeszła godzina Jego, by przeszedł z tego świata do Ojca” (J 13, 1). Nasza śmierć również jest przejściem i właśnie na to „przejście” otrzymujemy ostatni pokarm – samego Chrystusa, który poprzedził nas na tej drodze. Ten pokarm na drogę jest zarazem „zadatkiem życia wiecznego” – a więc przedsmakiem tego, co czeka nas „po drugiej stronie”. W Wiatyku chory ostatni raz otrzymuje zadatek, ostatni raz przyjmuje Chrystusa pod osłoną znaków w zaufaniu, że za chwilę to Chrystus go przyjmie i znaki nie będą już potrzebne.
WŁAŚCIWIE ROZUMIANA TROSKA RODZINY
Na koniec chciałbym zwrócić uwagę na opublikowaną w 2017 r. instrukcję Konferencji Episkopatu Polski, w której zostały zawarte praktyczne aspekty udzielania Wiatyku. Po pierwsze, mowa jest w niej o tym, że przyjęcie Wiatyku stanowi nie tylko przywilej wierzących, lecz także ich obowiązek. Można by dodać: tak jak zabranie dobrego obuwia i zapasu wody jest obowiązkiem turysty ruszającego na trudny górski szlak. Przyjęcia Wiatyku nie należy zbytnio odkładać, gdyż ważne jest, by chorzy „byli posileni wtedy, gdy są jeszcze w pełni świadomi”. O znaczeniu tego sakramentu świadczy dodatkowo to, że biskupi (idąc za Kodeksem prawa kanonicznego) zalecają jego przyjęcie nawet wtedy, gdy chory danego dnia przyjął już wcześniej Komunię Świętą.
I jeszcze jedna niezwykle ważna uwaga: jak czytamy w dokumencie, „do członków rodziny i opiekunów chorego należy powiadomienie chorego o zbliżającej się śmierci, aby sam prosił o Wiatyk i w czasie jego obrzędu odnowił chrzcielne wyznanie wiary”. Przyznajmy, rzecz niełatwa – szczególnie w naszej kulturze, w której śmierć jest tematem tabu, a lęk przed nieznanym nawet u ludzi wierzących bywa silniejszy niż zaufanie, że „w domu Ojca jest mieszkań wiele” (por. J 14, 2). Może to wymagać niemałej odwagi, by przestać powtarzać choremu: „Wszystko będzie dobrze, na pewno wyzdrowiejesz”. Zamiast tego jesteśmy zobowiązani uświadomić mu, że moment śmierci jest już bliski, ale że z Chrystusem naprawdę „wszystko będzie dobrze”.
Artykuł pochodzi z Miesięcznika Różaniec – Listopad 2025 r.
Wydawnictwo Sióstr Loretanek POLECA
Czas umierania Ostatnie dni życia mnichów
Nicolas Diat
Od Citeaux po Lagrasse, od Wielkiej Kartuzji po Solesmes, Nicolas Diat wysłuchał zwierzeń mnichów o końcu ich życia. W toku niezwykłych rozmów przeprowadzonych w ośmiu klasztorach, w bliskości „synów milczenia”, dostrzegamy, że każdy z nich umiera inaczej: bywają śmierci proste, szczęśliwe, piękne i jasne, bywają konania powolne czy bolesne.
