„Wiemy, że wasza – kleru – ojczyzna była i jest w Rzymie, i jeśli wam z nią dobrze, to jej się trzymajcie. Ci, których wyklinacie, żyją duchem i czynem według nauki Chrystusa” ‒ butnie pisał postępowy działacz ludowy.

Autorem tych inwektyw był Mateusz Manterys (1872-1946) – chłop z powiatu miechowskiego, polityk ruchu ludowego związany z tygodnikiem „Zaranie”, który już od pięciu lat prowadził coraz ostrzejszą propagandę wśród polskich włościan. W roku 1912 kolejni biskupi polscy wydawali dekrety potępiające zaraniarzy. Ekskomunikowali też Manterysa i trzech innych działaczy, co wywołało tak agresywną odpowiedź.

Sytuacja w Kongresówce wyglądała niespodziewanie ciekawie, bo gdy w roku 1908 car odwołał stan wojenny wprowadzony w czasie rewolucji 1905, to w miastach, wśród robotników i inteligencji panowała już zupełna apatia. Za to na polskiej wsi działo się dużo dobrego: nasilała się samoorganizacja społeczno-gospodarcza, a także rosła świadomość udziału w polityce parlamentarnej. Znaczący udział w budzeniu wsi miał właśnie „Posiew” ks. Kłopotowskiego i dlatego był on solą w oku postępowców i socjalistów: „Od klerykalnego nibypostępu, Panie! Wybaw lud Polski” – patetycznie „modliła się” znana nam już antyklerykałka ‒ panna Stefania Bojarska.

Chłopów za łeb wodzi

Sięgnijmy do „Posiewu” z 1910 r., kiedy prawie połowa Gawęd dotyczyła zaraniarzy. Ich opinia o księżach była prosta: „Tacy oni ‒ wszyscy jednacy!”. Stary Matus zauważa, że „nie przeciw temu lub owemu kapłanowi występują (jak to czynili wcześniej), ale już cały ogół duchowieństwa katolickiego (o rabinach i cadykach oczywiście ani mru-mru) usiłują w oczach ludu wiejskiego zohydzić”.

Dalej pokazuje, że socjaliści, którzy wcześniej agitowali na wsi, byli „szczersi i wyraźniejsi”, bo jasno mówili, że „nie potrzeba nijakiej wiary, kościołów, no i oczywiście kapłanów”. Jednak ta strategia nie zadziałała i teraz zaraniarze zaczynali „od końca, to jest od kapłanów, a ich hasło to: «Bracia włościanie ‒ nie dajcie się księżom za łeb wodzić». Jest to wierutne kłamstwo – tłumaczy Stary Matus ‒ aby ksiądz kogoś «za łeb wodził». Kapłani z obowiązku swego powołania i urzędu muszą jeno «dusze wodzić». Na tym polega ich stosunek do parafian jako pasterzy do owczarni. I muszą pasterze przestrzegać owieczki swoje przed wszystkim, co dusze ich zatruć może” – przypomina ludową oczywistość ks. Ignacy.

Trzeba pamiętać, że polska społeczność chłopska z trudem odnajdywała wtedy swoich liderów, także wśród duchownych. Dotychczasowy autorytet dziedziców upadł w wyniku represji popowstaniowych, a także z powodu izolacji szlacheckich dworów od wiejskiej gromady, co nastąpiło po uwłaszczeniu chłopów w 1864 r. Świetnie opisał to Sienkiewicz w Szkicach węglem z 1876 r. Za swego dobrodzieja chłopi uważali oczywiście Aleksandra II nazywanego Carem Wyzwolicielem.

Wilczki w owczej skórze

Nowym i niespodziewanym niebezpieczeństwem stali się wiejscy nauczyciele. Wielu z nich miało pochodzenie chłopskie, a ucząc się w mieście, łatwo i naiwnie się radykalizowali. Stary Matus wypomina, że wielu z nich chce być „oświecicielami włościaństwa w duchu żydowsko-zaraniarskim”. Nauczają oni: „Dziedzic we dworze to jeden wasz wróg, a ksiądz na plebanii ‒ to drugi”. Wielu nauczycieli gorąco zachęcało do prenumeraty „Zarania”, bo lektura postępowego pisma miała szybko oświecić włościan, żeby mogli się już obchodzić bez księży.

Jednak co rozsądniejszy chłop zapytał: „Jakże to się obejść bez księży? A któż będzie udzielał sakramentów świętych i nabożeństwa w kościele odprawiał?”. Kształcony nauczyciel „z iście szatańskim uśmiechem” odpowiadał: „A ja tam wcale do kościoła nie chodzę i bez tego wszystkiego, o czym wy mówicie, gospodarzu, doskonale się obchodzę. Czytajcie «Zaranie», gospodarzu, a do takiego samego rozeznania wnet dojdziecie” ‒ tak bł. ks. Ignacy demaskował logikę i cele głosicieli postępu na wsi.

Artykuł pochodzi z Miesięcznika Różaniec – Maj 2026 r.

Wydawnictwo Sióstr Loretanek POLECA

Bez wytchnienia
Dorota Krawczyk

Nigdy nie sądziłem i nie przewidywałem, aby mi przyszło kiedykolwiek przed śmiercią opuścić Lublin. A stało się to. Wyjeżdżam do Warszawy dla pracy redakcyjnej, którą prowadzę za pozwoleniem wysokiej mojej Władzy. Zostawiam Lublinowi siedemnaście lat kapłaństwa swego. Najpiękniejszy to okres życia mego… W zamian za to biorę z sobą na pamiątkę ciężki krzyż najrozmaitszych cierpień, które w Lublinie przeszedłem. […]

Udostępnij

Duszpasterz w XIV-wiecznym sanktuarium w Borku Starym, miłośnik św. Józefa, Sienkiewicza i pobożnych malarzy.