– Justyna, przyjdź do mnie! – rozpaczliwy krzyk dobiegał z łóżka naprzeciwko. Powtarzany jak echo przez kilka nocy, budził nie tylko pacjentów sali nr 10…
Ten obraz wrócił do mnie niedawno, gdy klientka salonu fryzjerskiego stanowczym tonem deklarowała:
– Wie pani, jestem przeciwna, by moje wnuczki odwiedzały mnie w szpitalu, gdy będę poważnie chora. Chcę, by mnie zapamiętały w dobrej formie.
Nie wiem, czy te deklaracje padły z ust osoby wierzącej. Wiem jednak, że coraz częściej słyszę je od osób, które mienią się katolikami.
Przywodzą mi one wówczas na myśl pewne wspomnienie. Zadzwoniłam kiedyś do mojej nieżyjącej już znajomej, która trafiła do szpitala.
– Nie, nie przychodź do mnie, nie trzeba – powiedziała.
Gdy już chciałam przyjąć tę odmowę, przypomniały mi się katechizmowe słowa, jeden z uczynków miłosierdzia co do ciała: chorych nawiedzać. I te, które rozwiały moje wątpliwości: Trzeba bardziej słuchać Boga niż ludzi. Poszłam przygotowana na reprymendę. Była niedziela, przy sąsiednich łóżkach wianuszki rodzin, znajomych. A moja koleżanka rozpalona gorączką, z zimnym nietkniętym obiadem na szafce, leżała nieruchomo ze wzrokiem wbitym w sufit. Gdy mnie zobaczyła, jedna samotna łza spłynęła po jej rozpalonym policzku. A nie była to osoba skłonna do wzruszeń.
Co się z nami stało, że uwierzyliśmy w wizję życia, obrobioną na fotoshopach, sprzedawaną na Instagramie? Ten poddany liftingowi kształt życia ma nieskazitelną twarz, ciało wiecznie młode i zdrowe. A czas się zatrzymał na kolorowych zdjęciach z plaż Zanzibaru czy na stoku w Alpach.
W tym świecie nie ma miejsca na chorobę, śmierć. Na szpitale i cmentarze. Króluje wystudiowany uśmiech stałego mieszkańca raju na ziemi. Liczy się tu i teraz oraz zasobność portfela.
I tak współcześni syzyfowie budują na ruchomych piaskach „chwilówek”. Do czasu aż sygnał karetki zbudzi ich z tego zwodniczego snu.
Dla wielu, paradoksalnie, za drzwiami sal nr 10, 14 itd. otwiera się nowy wymiar życia. Niektórzy nawet potrafią dziękować za tę ozdrowieńczą kurację duchową. Nie teoretyzuję. Mam za sobą wiele rozmów, obserwacji, doświadczeń z pobytów w trzech szpitalach, wielu operacji, a nawet zbliżenia się do granicy życia i śmierci.
– Czy wie Pani, jakie miała Pani szczęście – zapytał pewien chirurg, który przestudiował ostatnio moją dokumentację medyczną.
– Myślę, że taki był plan Pana życia i śmierci – odpowiedziałam, wskazując na Cudowny Medalik i krzyżyk zawieszony na mojej szyi.
– Niewykluczone – usłyszałam dyplomatyczną odpowiedź.
Krzyk staruszki, która kogoś rozpaczliwie przywoływała w szpitalu po nocach, był tylko jednym z objawów choroby demencyjnej – powie ktoś. Sprawa się wyjaśniła, gdy do odebrania pacjentki zgłosił się jeden z synów… niesłychanie zajętych biznesmenów. W czasie jej pobytu w szpitalu nikt jej nie odwiedzał.
Spytałyśmy, czyje imię tak głośno wołała. Okazało się, że wołała swoją opiekunkę. Może to właśnie ona okazała jej bliskość i serdeczność, sprawiając, że chora tak bardzo pragnęła jej obecności.
Gdy na Dzień Babci przy moim łóżku zameldowały się wszystkie wnuczki, pielęgniarka zapytała syna, czy nie boi się narażać dzieci, przyprowadzając je do szpitala, a było to niedługo po pandemii.
– Proszę Pani, myślę, że ich system immunologiczny jest sprawny i poradzi sobie z bakteriami. Przecież na co dzień żyjemy zanurzeni w milionach drobnoustrojów. Wychowywanie bez przykładu własnego jest nieskuteczne. Myślę, że gdy będę chory, moje dzieci będą wiedziały, jak się zachować – odpowiedział mój syn.
Jak daleko odeszliśmy od ostatniej katechezy, której udzielił nam swoim życiem i przykładem św. Jan Paweł II. Wielu pamięta poruszające zdjęcie z drogi krzyżowej i schorowanego papieża przytulonego do krzyża w kaplicy. „Dziękuję, że przyszliście do mnie” – to jedne z jego ostatnich słów skierowanych do tłumów, do wszystkich ludzi dobrej woli, którzy towarzyszyli mu w odchodzeniu do Domu Ojca.
***
Ten tekst napisany w wigilię wspomnienia Matki Bożej z Lourdes i 33. Światowego Dnia Chorych jest podziękowaniem dla Wszystkich, którzy w najrozmaitszy sposób nieśli mi ulgę w cierpieniu – dobrym słowem, modlitwą, zamówioną w mojej intencji Mszą Świętą. Bóg zapłać wszystkim Kapelanom szpitalnym, którzy przynosili mi Pana Jezusa. Specjalne podziękowania kieruję do Księdza Marka, który sprawił mi taką niespodziankę, oraz za jego wieloletnią troskę o moje zdrowie.
Wydawnictwo Sióstr Loretanek POLECA
Jestem zdobyczą Twojej miłości
ks. Józef Orchowski
Bóg poszukuje człowieka. Niezależnie od tego, jak daleko człowiek odszedł, a nawet wtedy, gdy świadomie nie szuka on Boga. Często pomaga w tym Maryja – matczyną miłością zdobywa ludzi i prowadzi ich do Syna, by odnaleźli upragnione szczęście. Świadczą o tym historie nawróceń opisane w niniejszym zbiorze.
