Gdy Bóg powoływał Abrama, powiedział: „Wyjdź z twojej ziemi rodzinnej”, nie informując o szczegółowych planach podróży. Podobnie posyła dziś tych, którzy słuchają Jego głosu.
Podeszła do mnie pewnego dnia pielęgniarka Razely i poinformowała mnie, że mam nowego pacjenta. Nazywał się Kenny, był rocznym chłopcem, ważył zaledwie pięć kilogramów i sześćset gramów. Był wygłodzony, przestraszony i bardzo brudny. Dzieci w naszym misyjnym ośrodku zdrowia zwykle płakały na mój widok. Kenny tylko ślepo patrzył, tkwiąc w swoim marazmie.
[FMP]
Podjąłem się więc leczenia kolejnego niedożywionego malucha, który był jednym z wielu setek pacjentów przyjętych w tym tygodniu. Dla moich nowych podopiecznych najtrudniejsze są zwykle pierwsze dni, ale szczęśliwie zdecydowaną większość z nich udało mi się uratować. Kenny źle reagował na leczenie. W trzeciej dobie do utrzymującej się grzybiczej infekcji układu pokarmowego i zapalenia płuc doszła biegunka. Chłopiec w ciągu kilku godzin stracił kolejne pięćset gramów, a tak drastyczny spadek masy ciała mógł zwiastować zawsze najgorsze – śmierć. Tego wieczora byłem podłamany, nie wiedziałem, co robić.
DZIESIĄTKI RÓŻAŃCA
W końcu Razely poinformowała mnie, że rodzina zabrała dziecko. Starszyzna zadecydowała o przerwaniu leczenia, a jedyne, co mogłem zrobić, to prosić ich o zabranie lekarstw. Czy wiedza, którą posiadałem bądź doświadczenie, które nabyłem w przeciągu ostatnich lat, były zbyt małe?
Tego dnia nie zdążyłem na Mszę Świętą, więc w późnych godzinach wieczornych w małej kaplicy, tuż przed ikoną Matki Boskiej niosącej Ducha Świętego, odmawiałem Różaniec. Dziesiątek za Delinę, o uwolnienie z natręctw złego ducha. Dziesiątek za adoptowanego syna, o rozsądek i poruszenie serca. Dziesiątek z prośbą o mądrość i rozeznanie powołania. Dziesiątek za współpracowników, bym był wobec nich bardziej wyrozumiały. Dziesiątek za Kenniego, o cud, bo po ludzku nie mogłem już nic więcej uczynić.
Po dwóch dniach do mojego gabinetu wbiegła zadyszana pielęgniarka:
– Daniel, Kenny wrócił. On siedzi!
Dziecko czuło się zdecydowanie lepiej, a po kilku tygodniach całkowicie wróciło do zdrowia i podobnie jak jego rówieśnicy zaczęło chodzić.
BUDUJĘ SZPITAL
Jestem świeckim misjonarzem. Od 2014 r. posługuję na Madagaskarze. Ślepo poszedłem za powołaniem, które usłyszałem w 2011 r. Pan Bóg nie mówił do mnie bezpośrednio, bo zapewne chciał, bym sam dostrzegł, jak wielką radość przyniesie mi praca na polu misyjnym. Zajmuję się niedożywionymi dziećmi, porzuconą malgaską młodzieżą, trędowatymi i samotnymi. Jako świadek misyjnych cudów spisałem je na kartach książek Kilasymandry. Jak Madagaskar nauczył mnie kochać i Hazo Mena. O marzeniach z Czerwonej Wyspy. W wolnych chwilach buduję szpital dla niedożywionych.
Artykuł pochodzi z Miesięcznika Różaniec – Styczeń 2020 r.
[/FMP]
