Człowiek od początków swego istnienia zadaje sobie pytanie o sens cierpienia. Klucz do tych „pytań bez odpowiedzi” oscylujących ku rozpaczy oferuje nam Kościół.

Na początku ery nazywanej wciąż nowożytnością – ciekawe, jakie miano nadadzą potomni modernistom? – wierzono w to, że progres technologii uśmierzy wszelkie bóle ludzkości. Jednak gdy inżynierowie od wynalazków doszli na sam szczyt kultu AI, wyszło na jaw, że może się ona okazać nie antidotum na wszystko, lecz jednym z ostatnich aktów antropologicznego dramatu. Bo przecież szalony, kontrolowany przez nie wiadomo kogo postęp sztucznej inteligencji tak niefortunnie wyeliminował problem ludzkiego bólu, że zatruł samo źródło zagadnienia, pytając: „Po co w ogóle żyje człowiek?”. Maszyny mają uczynić świat lepszym i sprawić, by nikt nie cierpiał. Cywilizacja w stadium rytualnym AI nie tyle nie odpowiada na dramat ludzkości, ile znosi potrzebę istnienia ludzi.

ŁZY MARYI

Jan Maciejewski twierdzi, że nie ma innej instytucji, która mogłaby ocalić egzystencję człowieka, niż Kościół katolicki. Bo to właśnie Kościół strzeże Prawdy niewymyślonej przez człowieka i tajemnicy Objawienia. Katolicyzm odkrywa dogmaty, które wierni wyznają bez obsesji szukania matematycznego dowodu na wszystko. Wszak nawet po tylu cybernetycznych eksperymentach wciąż nie znamy odpowiedzi na pytania o cierpienie i szczęście.

Ból istnienia był, jest i będzie dzięki Bogu do zniesienia, bo Kościół to pieta.

Wcale nie w tle wniosków Maciejewskiego, ale u ich podstaw rozpoczyna się maryjna droga ulgi w bólu. W jaki sposób Matka Boża pomaga znosić cierpienie? Pieta, czyli rzeźba z martwym ciałem Chrystusa w ramionach Matki, znajduje się w wielu świątyniach katolickich, przyciągając cierpiących. Latynosi na przykład, szczególnie w momentach bólu, lubią całować stopy piety albo przykładać do niej czoło. Coś wówczas szepczą, częściej widać ich obfite łzy. Tak samo przecież artyści przedstawiali oczy Matki Bożej Bolesnej wzniesione rozpaczliwie ku niebiosom, niespokojne źrenice w żałobie, wargi osunięte w dół.

MATKA KOŚCIOŁA

Człowiek cierpiący doszuka się w Stabat Mater Dolorosa odpowiedzi głębszych od tych, które może dać psychologia, medycyna czy adwokat. A przecież w Ewangeliach Maryja nie wygłasza żadnego traktatu o bólu. Co ciekawe, ostatni uchwycony przez kronikarzy Dobrej Nowiny głos Matki Bożej to zdanie wypowiedziane w świątyni, po trzech dniach panicznego powrotu śladami zaginionego Jezusa: „Z bólem serca szukaliśmy Ciebie” (Łk 2,48). Być człowiekiem nie oznacza istnieć poza bólem, lecz przełamywać się do walki oko w oko z rozpaczą.

Po tak dramatycznym dialogu z Chrystusem Maryja milknie, nigdy nie tłumacząc definitywnie sensu cierpienia. Nie znaczy to jednak, że niczego nie wyjaśnia. Przeciwnie, dzięki duchowej intuicji katolicyzmu wierzący widzą, jak po ukrzyżowaniu i zmartwychwstaniu Syna Bożego Stabat Mater Dolorosa mistycznie przemienia się w Kościół. Wiara w jedność tożsamościową Matki Bożej z Kościołem Chrystusowym jest w chrześcijaństwie niezachwiana przez stulecia, aż do momentu oficjalnego nadania Maryi z Nazaretu w roku 1964, na zakończenie Soboru Watykańskiego II, tytułu Matki Kościoła. Mówi się, że Paweł VI zrobił to wbrew woli większości biskupów biorących wówczas udział w obradach.

Wyjaśniając moralny i duchowy sens nowego tytułu maryjnego, papież najbardziej inspirował się sceną spod krzyża, gdzie Maryja kontempluje ostatni oddech Jezusa oparta na ramieniu Jana Apostoła – znaku Ludu Boga (por. J 19,25-27). Matka Boża chwalebnie wniebowzięta więcej nie cierpi, nie znaczy to jednak, że obca Jej jest udręka ludzi. Maryja przeobraża się duchowo w Kościół, zostawiając katolikom skuteczne narzędzia służące nie tylko do przetrwania bólu, lecz także do wyprowadzenia z niego pełni życia.

BÓL DO UNIESIENIA

Przed epoką Kościoła człowiek też cierpiał, ale szczerze mówiąc, nie radził sobie z bólem egzystencji. Poszukiwał bezskutecznie odpowiedzi na pytania o cierpienie. Na przykład filozofia grecka uciekała w swej bezradności jakby w dwóch kierunkach. Pierwszym był cynizm – cierpienie trzeba wykpić, brać na dystans, zlekceważyć je. Drugim był stoicyzm – należy udawać, że nic się nie dzieje, kiedy coś nas boli, i zachować absolutnie kamienne oblicze w każdej z dojmujących sytuacji. Efektem tych wyniosłych, zuchwałych i jałowych dywagacji stoików lub cyników była brutalna przemoc rzymskiego imperium – skopiowana po wiekach przez obłąkane wizje Trzeciej Rzeszy. Bo jeśli bólu życia nie da się oswoić, to trzeba używać go jak narzędzia władzy silniejszych nad słabszymi, generując dyktatury. Te rozpaczliwe pokusy zostały w ludziach do dzisiaj i przetrwają po kres czasów, jeśli nadal dramat istnienia będziemy interpretować w oderwaniu od Chrystusa Ukrzyżowanego.

Dopiero czas Kościoła pomaga ludziom cierpieć bez tracenia sensu życia. Chrześcijaństwo bowiem nie tyle analizuje teorię cierpienia, ile nie pozwala martwych zwłok wyrzucać do brudnej fosy za miastem. Przecież w antyku nie było cmentarzy – jako poświęconych miejsc modlitwy – tylko czarne nekropolie. Stąd pochodzi termin Gehenna (hebrajskie Gey-Hinnom) – cuchnące śmietnisko na obrzeżach Jerozolimy, do którego wrzucano również ciała zmarłych, nawet dzieci. A przecież śmierć to szczyt bólu dla człowieka.

Kościół wprowadził w odpowiedzi obrzędy pogrzebu, strzegąc ciągłości ludzkiego życia takim, jakim ono jest – od poczęcia do śmierci. Żałoba dla chrześcijan to nie relikt pogańskich rytuałów, lecz wewnętrzne rekolekcje i prawo do intymnych lamentacji przed Bogiem. W systemie rzymskim poszukiwano przede wszystkim sprawnych mężczyzn na gladiatorów i urodziwych kobiet do rozrywki. Nie przewidywano przewlekłej terapii, tym samym nieuleczalnie chorych spychano w ciemny kąt cywilizacji. Niewielu wie, że Bazyli Wielki około 370 r. założył pod Cezareą ogromny kompleks, który dziś byśmy nazwali szpitalem i hospicjum. XIX w. to czas dalekosiężnego katolickiego ruchu misyjnego, którego punktem wyjścia było nie tyle zdobywanie nowych członków dla Kościoła, ile troska o obraz Boży w człowieku, któremu wciąż odmawiano prawa do godności osobistej. Ból istnienia był, jest i będzie dzięki Bogu do zniesienia, bo Kościół to pieta.

Artykuł pochodzi z Miesięcznika Różaniec – Maj 2026 r.

Wydawnictwo Sióstr Loretanek POLECA

Różaniec ikonami pisany
Julita Jaśkiewicz-Macek

W różańcu nasze życie splata się z życiem Matki Bożej. Sytuacje z codzienności stają się jakby odbiciem wydarzeń ewangelicznych. Idziemy drogą Maryi, kroczymy Jej śladami – to nam daje odwagę, uwalnia od lęku… W ten sposób modlitwa różańcowa, która jest łącznikiem między niebem a ziemią, staje się siostrą ikony, nazywanej oknem ku wieczności.

Udostępnij

Kapłan diecezji płockiej, teolog duchowości, misjonarz, rekolekcjonista i publicysta. Badacz myśli św, Johna Henry'ego Newmana.