Lanciano, Orvieto, Siena, Santarem, Buenos Aires, Ctotowo, Bisztynek, Sokółka, Legnica i wiele innych. To miejsca, których dokładnego usytuowania na mapie geograficznej może dobrze nie znamy, lecz któż nie zna ich położenia na duchowej mapie świata? W tegorocznym cyklu zatytułowanym „Cuda eucharystyczne” będziemy podróżować do miejsc, w których nasz Pan dał światu szczególny wyraz swojej realnej obecności w Najświętszym Sakramencie.
W VIII w., ponad 1200 lat temu, w małym kościółku św. Longina we włoskiej miejscowości Lanciano Mszę Świętą odprawiał pewien mnich z zakonu bazylianów, który w głębi serca powątpiewał w obecność Pana Jezusa w Eucharystii. I oto zaledwie wypowiedział nad Chlebem i winem słowa konsekracji, hostia, która leżała na patenie, zamieniła się w ludzkie ciało, a wino w kielichu stało się prawdziwą ludzką krwią.
[FMP]
Nie wiemy, co się po tym wydarzeniu stało z mnichem. Być może padł na kolana i od tej pory stał się gorliwym głosicielem tajemnicy Eucharystii. Wiemy natomiast, że przemieniona Hostia i cudowna Krew zostały umieszczone w specjalnie do tego przygotowanej monstrancji i do dziś możemy je w Lanciano adorować.
POWĄTPIEWANIE
Był to pierwszy znany nam przypadek, kiedy postacie eucharystyczne przybrały postać ludzkiego ciała i ludzkiej krwi. Od tamtej pory zdarzenia, które zwykliśmy nazywać cudami eucharystycznymi, powtarzają się co jakiś czas w różnych częściach świata. W Polsce taki cud wydarzył się 8 razy, we Włoszech-11. Odnotowano go również we Francji, Anglii, Niemczech, Hiszpanii, Austrii, Holandii i – ostatnio – w Argentynie.
Moglibyśmy zapytać, dlaczego te cuda mają w ogóle miejsce? Czy nam, chrześcijanom, nie wystarczy ten cud nad cuda, który wydarzył się 2000 lat temu w Wieczerniku i który Kościół przekazał nam, abyśmy go nieustannie na nowo sprawowali i święcie w niego wierzyli? Dlaczego podejmujemy czasem wielki wysiłek, by znaleźć się w miejscu cudu eucharystycznego, a nieraz całkiem obojętnie przechodzimy wobec cudu przemiany Chleba i wina, który – choć niewidzialny dla ludzkiego oka – staje się naprawdę podczas każdej „najzwyklejszej” Mszy Świętej? Zapewne dlatego, że wciąż – jak ten bazyliański mnich – powątpiewamy w prawdziwość tego, co dawno już nam spowszedniało i nie rozgrzewa naszych serc.
OGLĄDANIE RAN
A jeśli tak, to jesteśmy jak Tomasz Apostoł, który na zapewnienia swoich towarzyszy, że Jezus zmartwychwstał, odrzekł, że nie uwierzy, póki sam Jezusa nie zobaczy. A Jezus nie obraża się, że nie ufamy świadectwom Jego uczniów I tak jak wtedy przyszedł do wątpiącego Tomasza, tak wciąż przychodzi do tych, którzy wątpią. Przychodzi, pokazując nam w pokorze to, czego my w zatwardziałości serc się od Niego domagamy. A przecież powinno wystarczyć nam samo Jego Słowo, które Kościół nieustannie wypowiada do nas w Jego imieniu.
Pomyślmy, czy i my nie wymuszamy czasem na naszym Panu jakichś cudów. Czy nie gonimy za nimi po całym świecie, bo bardziej ufamy nadzwyczajnym zjawiskom niż Słowu Życia, które On sam codziennie do nas wypowiada?
Artykuł pochodzi z Miesięcznika Różaniec – Styczeń 2020 r.
[/FMP]
