Jak mawiają ludzie, Ludwik godziwie przeżył swoje lata. Miał już pewnie dobrze po siedemdziesiątce i choć duch był w nim żywotny, ciało osłabło zupełnie. Czuł w ostatnich czasach, że siły całkowicie go opuszczają. Nie wstawał już nawet z łóżka. Czuł się może bardziej osłabiony niż zbolały. Wiedział, że idzie ku jego domostwu śmierć, i to właśnie po niego. Czy się bał? Nie. Oswoił się z nią już dawno i widział w niej przyjaciela, nie wroga. „Siostra śmierć” – tak nazywał ją św. Franciszek i tak samo myślał o niej sędziwy Ludwik.

Nie miał już sił, by rozmawiać, by skupiać myśli na sprawach tego świata. To wszystko było już za nim; nie, nie chciał czynić nadludzkiego wysiłku, by odwracać głowę i patrzeć wstecz.

Kościste palce wyszukały leżący na pościeli różaniec. Ludwik zebrał siły i zacisnął rękę na wypolerowanych paciorkach. Zamknął oczy i zaczął się modlić. Jeszcze przebiegła mu przez głowę myśl: „Mój stary, kochany różaniec… Wyszlifowany palcami jak koło sterowe starego kutra. Dostałem go tyle lat temu. Byłem jeszcze młody… Dostałem go od Teresy, jeszcze przed naszym ślubem… Kiedy się rozsypywał, naprawiałem go, zaciskałem nowe ogniwa i dalej dzień po dniu przesuwałem między palcami… Praca na to pozwalała… Byłem pisarzem w magistrackim kantorze… On był ze mną zawsze… I teraz…”.

„Zdrowaś, Maryjo, łaski pełna…”.
Nie dokończył toku swych nieskładnych myśli, bo oto przed jego oczami zaczęły przesuwać się obrazy…

Ujrzał swą żonę jako młodą dziewczynę zasłuchaną w jego oświadczyny. Widział kwiaty, które przyjęła, długo tajoną radość, która nagle wybuchła łzami szczęścia. Obok żony stała niewidoczna, ale przecież teraz dostrzegalna postać w bieli. Tchnęła w oglądaną przez Ludwika scenę spokój, pewność dobrze podjętej decyzji. Stary człowiek zrozumiał, że ich związek był chciany przez Boga. Matka Najświętsza była przy jego początku. Widział, jak szeptała coś do serca młodej narzeczonej. W Teresie rodziły się postanowienia, święte postanowienia…

Potem widział narodziny ich pierwszego dziecka. Trudne to były czasy, nie było co do garnka włożyć, a i o odzienie nie było łatwo. Widział, jak z miękkiej flaneli szyją dla Małgorzatki ubranka, jak krzątają się po izbie – zmęczeni, ale ufni i radośni. A któż to pochyla się cicho nad kołyską niemowlęcia? Ta sama biała postać. Maryja… Znowu w ich domu…

I tyle kolejnych obrazów przesuwało się przed jego oczami… Widział, jak oboje z żoną cieszą się z czeladniczego egzaminu zdanego przez syna i z jego artystycznych zdolności… Widział, jak wędrują do pobliskiego sanktuarium, by czuwać przez całą noc i przed cudownym obrazem Matki Bożej Śnieżnej modlić się o pokój w ojczyźnie, nad którą zawisł cień wojny. Potem było oblężenie miasta, wypędzenie z domu. Widział skromny pogrzeb swej siostry… Widział, jak zapisuje długie kolumny cyfr… Dostrzegł, że wszystkie te sceny miały wspólny mianownik: w jego ręku zawsze był podarowany mu przez Teresę różaniec. „To prawda, zawsze się na nim modliłem” – pomyślał. A w każdym zdarzeniu była obecna ta cicha, milcząca postać Maryi, która tchnęła w jego serce pokój i pewność, że wszystko w rękach Boga.

Teraz w jego oczach odbija się jeszcze jedna scena. On leży w łóżku, jest już stary. Znowu widzi stojącą nieopodal milczącą postać. Matka Najświętsza patrzy na niego oczami, z których promieniuje spokój i radość. Ich wzrok spotyka się po raz pierwszy. Ludwik patrzy, a Ona uśmiecha się, robi krok do przodu i wyciąga ku niemu rękę. Zaprasza.

Najbliżsi czuwali przy nim przez długie godziny jego spokojnej agonii. Ludwik nie powrócił już do przytomności. Nie reagował na ich słowa ani dotyk. Nie słyszał odmawianych modlitw za konających. Leżał z zamkniętymi oczami, aż nagle westchnął i uśmiechnął się lekko. Ten uśmiech pozostał na jego twarzy na zawsze.

„Miał spokojną śmierć – mówiono. – Tylko ten różaniec… tak kurczowo zacisnął w palcach…”.

Fragment książki „Legendy i opowieści różańcowe” Wydawnictwo Sióstr Loretanek Warszawa 2000.

Artykuł pochodzi z Miesięcznika Różaniec – PAŹDZIERNIK 2017 r.

Wydawnictwo Sióstr Loretanek POLECA

Czas umierania Ostatnie dni życia mnichów
Nicolas Diat

Od Citeaux po Lagrasse, od Wielkiej Kartuzji po Solesmes, Nicolas Diat wysłuchał zwierzeń mnichów o końcu ich życia. W toku niezwykłych rozmów przeprowadzonych w ośmiu klasztorach, w bliskości „synów milczenia”, dostrzegamy, że każdy z nich umiera inaczej: bywają śmierci proste, szczęśliwe, piękne i jasne, bywają konania powolne czy bolesne.

Udostępnij