Wokół słowa „tolerancja” na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat narosło wiele nieporozumień. Do tego stopnia, że niekiedy obawiamy się zasłużyć na miano „nietolerancyjnych”. Czy słusznie?

W ostatnich miesiącach I mogliśmy zaobserwować nasilenie tzw. wojny kulturowej. Walka toczy się między kulturą chrześcijańską opartą na tradycyjnych wartościach a kulturą ponowoczesną, w której nadrzędną wartością jest nieskrępowana niczym wolność.

Punktem zapalnym tej walki jest oczywiście batalia o swobodę co do moralności dla ludzi spod znaku LGBT oraz o tolerancję względem ich sposobu życia ze strony chrześcijan. I co ciekawe, kiedy mogliśmy obserwować przemarsze tzw. parad równości przez polskie miasta, niejednokrotnie wśród demonstrujących pojawiały się transparenty z napisami „Jezus szedłby z nami”. Bo przecież Jezus jest dobry, jest samą miłością, a więc musi być też tolerancyjny. Ale czy na pewno?

[FMP]

MIŁOŚĆ CZY UCZUCIE PRZYJEMNOŚCI?

Z zarysowanej powyżej sytuacji przebija przeświadczenie, że tolerancja jest pewną formą miłości. Takie twierdzenie wydaje się uzasadnione, bo przecież nietolerancja, która kojarzy się ze sprzeciwem i odrzuceniem, jawi się nam jako zaprzeczenie miłości. Jednak powinniśmy sobie zadać również pytanie, czy rzeczywiście tolerancja zawsze idzie w parze z miłością? I czym właściwie jest miłość chrześcijańska, a czym jest tolerancja?

Miłość chrześcijańska została bardzo jasno określona już w samej Ewangelii. Niestety dzisiaj tradycyjne pojęcie miłości coraz bardziej nam się rozmywa. Współczesny człowiek często kojarzy miłość z uczuciem – bardzo przyjemnym i pozytywnym. A uczuciu temu towarzyszy postawa absolutnej akceptacji, pragnienie przylgnięcia i zachwytu. Wydaje się zatem, że rzeczywiście tolerancja jest minimalnym i koniecznym stopniem miłości.

Tymczasem Ewangelia pokazuje nam Jezusa, który niejednokrotnie okazuje się nietolerancyj- ny – np. względem zatwardziałości faryzeuszów albo chciwości kupców handlujących w świątyni. Jednocześnie ten sam Jezus jest pełen miłości, a Jego miłość polega na całkowitym oddaniu swojego życia dla zbawienia człowieka, czyli dla jego autentycznego dobra. Miłość to postawa woli, dzięki której człowiek jest w stanie poświęcić siebie dla dobra drugiego – tak jak matka codziennie ofiarowuje swoje życie dla dobra swoich dzieci.

MIŁOŚĆ A AKCEPTACJA

Tak pojęta miłość nie jest skłonna do akceptowania wszystkiego. Kochająca matka, właśnie ze względu na miłość, nie godzi się na złe uczynki swoich dzieci. Nie godzi się na ich upadek i zagubienie. Jednocześnie nie jest w stanie swojego pogubionego i pokaleczonego przez grzech dziecka odrzucić, ale zawsze będzie o nie walczyła. Podobnie jest z Bogiem. Bóg nie toleruje i nie akceptuje grzechu, ale zawsze kocha grzesznika.

W tym momencie powinniśmy sobie uświadomić, jakie jest prawdziwe i właściwe znaczenie słowa „tolerancja”. Zazwyczaj, kiedy dziś mówi się o tolerancji, tak naprawdę ma się na myśli akceptację. Maszerujące bowiem ulicami miast grupy spod sztandarów LGBT nie pragną tolerancji, ale akceptacji.

Chrześcijanie tolerują grzeszną naturę innych ludzi. Nie pozwalają natomiast na akceptację grzechu, a tym bardziej na jego promocję.

Tolerancja w tradycyjnym znaczeniu oznacza wytrwałe i bolesne przyjmowanie czegoś, czego nie możemy zmienić. Zawsze jednak towarzyszy jej nadzieja zmiany stanu rzeczy oraz brak akceptacji dla zaistniałego zła. Matka, kiedy widzi swoje niesforne dziecko, to o ile jego złe zachowanie nie przekracza pewnej granicy, jest skłonna je tolerować – ale tylko dlatego, że ma nadzieję, iż dziecko wydorośleje i zmieni się na lepsze. Nigdy natomiast tolerancja matki nie jest akceptacją samego zła. Podobnie Bóg toleruje nas grzeszników – z miłości. Jednak ze względu na tę samą miłość nie akceptuje naszego grzechu, ale życie oddaje, żeby nas z niego wyprowadzić.

TOLERANCJA WOBEC GRZECHU?

Czy zatem zarzut zwolenników rewolucji antykulturowej twierdzących, że chrześcijanie rozminęli się z Ewangelią, gdyż są nietolerancyjni, jest słuszny? Otóż nie. Chrześcijaninowi faktycznie nie wolno nikogo odrzucić i skreślić. Jednak nie ma on prawa akceptować cudzego grzechu. Chrześcijanin powinien mieć świadomość, że drugi człowiek to jego brat, który jest obdarzony godnością dziecka Bożego i który jest powołany do świętości. W tym kontekście zgoda na grzech byłaby okazją do kłamstwa i odebraniem własnemu bratu szansy na nawrócenie. Chrześcijanin, kiedy napomina bliźniego, okazuje miłosierdzie, dając mu w ten sposób szansę zrozumienia błędu. Dlatego też katechizm wśród uczynków miłosierdzia względem duszy wymienia także ten: „błądzących napominać”.

Zapytajmy więc raz jeszcze, czy chrześcijanie rzeczywiście są nietolerancyjni? Chrześcijanie tolerują grzeszną naturę innych ludzi. Nie pozwalają natomiast na akceptację grzechu, a tym bardziej na jego promocję. Postępując tak, naśladują samego Boga – On bowiem toleruje zarzewie grzechu, które jest w nas, ale tylko o tyle, o ile ma nadzieję na nasze duchowe uzdrowienie. Zatem możemy tolerować grzech innych tylko w jednym przypadku – kiedy grzesznik wyraża skruchę i pragnienie nawrócenia. Dokładnie taką postawę pokazuje nam w Ewangelii Jezus. On jest miłosierny i tolerancyjny względem upadających i skruszonych, a nietolerancyjny względem zatwardziałych grzeszników.

Artykuł pochodzi z Miesięcznika Różaniec – Luty 2020 r.

[/FMP]

Udostępnij

Dr hab. teologii dogmatycznej, wykładowca WSD w Katowicach-Panewnikach.