Każde dobro, które uczyniliśmy bliźniemu, Bóg traktuje tak, jakby sam je od nas odebrał. I stokrotnie za nie wynagradza. A płaci zawsze najcenniejszymi skarbami swego Serca, tymi niewidocznymi dla oka…

Zawsze prosił, aby zwracać się do niego po imieniu: Januszek. Mimo niekiedy dużej różnicy wieku był dla grupy wolontariuszy – i nie tylko – takim właśnie Januszkiem: wymagającym opieki, kąpieli, bycia przy nim. Gdy odszedł w chłodny listopadowy poranek, miał 77 lat.

W zakładzie opiekuńczo-leczniczym przeżył 41 lat. Przebywał tam najdłużej spośród wieloosobowej grupy przewlekle chorych. Od 25. roku życia nic już nie widział, bardzo słabo się poruszał, a przez kilkanaście ostatnich lat w ogóle nie wychodził z łóżka. Był zesztywniały, leżał płasko. Błędem byłoby powiedzieć, że przeżywał wszystko jak dziecko. Miał głęboką świadomość i umysłu, i serca.

[FMP]

INTYMNA ZAŻYŁOŚĆ

Korzystał z prawa człowieka cierpiącego do opieki, ale nigdy z jakimś naciskiem czy pretensją. Jeśli coś było niewłaściwe czy wręcz niepotrzebne – potrafił o tym powiedzieć. Tak zwyczajnie, po prostu. Prosił o to czy o tamto, ale bez wymuszania.

W nas, odwiedzających go, serce może popłakiwało, gdyjadł samymi ustami – bez pomocy rąk – pół kromki Chleba przekrojonej wzdłuż, a potem osobno pasztet lub wędlinę w ten sam sposób. Patrzyliśmy, gdy sam – przez rurkę – pił herbatę, dużo herbaty. „Panie Januszku, dolać?”. „Tak, dolać”. Jak mało potrzebował! A my, zagonieni, przychodziliśmy, aby trwać przy nim, pomagać tak, jak każdy potrafił. I również po to, aby może też cokolwiek zostawić z własnej biedy, ale tej innego rodząju.

Niektórzy jako wolontariusze przeszli z nim nawet więcej niż połowę swojego życia, inni mniej. Bez cienia przesady można powiedzieć, że w każdym pozostawił jakiś obraz… Nie tylko cierpiącego pacjenta, lecz także człowieka widzącego więcej światła niż inni. Bo w tym wszystkim musiał być jakiś inny wymiar – wiaty i niezwykłej realizacji własnego powołania. Ogromnie trudnego, ale przeżytego z Bogiem i w Bogu. Trudno to do końca rozpoznać, bo to była intymna zażyłość pomiędzy Stwórcą a Januszkiem.

SKĄD TA SIŁA?

Ten niepozorny człowiek w sposób przedziwny – Boży i duchowy – pobudził nas do miłości. Mieliśmy w naszym życiu go spotkać, i tak się stało. Otrzymaliśmy niezwykłą lekcję: jak się cierpi, jak się trwa przy Panu, a w końcu – jak się gaśnie i odchodzi. Była to lekcja pokory wobec życia i zmagania się z doczesnością.Ten niepozorny człowiek w sposób przedziwny – Boży i duchowy – pobudził nas do miłości. Mieliśmy w naszym życiu go spotkać, i tak się stało. Otrzymaliśmy niezwykłą lekcję: jak się cierpi, jak się trwa przy Panu, a w końcu – jak się gaśnie i odchodzi. Była to lekcja pokory wobec życia i zmagania się z doczesnością.

Pozostaje pytanie: co jeszcze z niej wydobędziemy? I jacy będziemy odchodzić od naszych przywiązań do ziemi, jak będziemy się z nią rozstawać? I jak będziemy żyć? Można stawiać sobie wiele pytań w kontekście tego niezwykłego spotkania i rozstania z człowiekiem naznaczonym stygmatem cierpienia i bólu.

– Skąd ta siła? – zapytał retorycznie jeden z nas dwa dni przed śmiercią Januszka. – Skąd ta wola życia, może i walki?

Znam odpowiedź. Powiedzmy wprost – z Boga samego.

Artykuł pochodzi z Miesięcznika Różaniec – Luty 2020 r.

[/FMP]

Udostępnij