„Jakoś mi Ojciec przypadł do serca i zdawało mi się, że mamy jednakowe dążenia i porywy” – pisał Wenanty Katarzyniec do młodszego kolegi, Maksymiliana Kolbego. Połączyły ich: zakon franciszkański, miłość do Maryi i pragnienie prostego życia.

Nie był herosem, cudotwórcą, autorem opasłych tomów duchowości czy założycielem prężnych zgromadzeń zakonnych. Nie dostąpił łaski męczeństwa, nie został biskupem, ani nawet przeorem. Kim zatem był? Mistrzem codzienności. „Czyny zwyczajne wykonywał nadzwyczajnie” – pisał o nim o. Maksymilian.

Józio Katarzyniec już jako dziecko wyróżniał się spomiędzy rówieśników. Urodzony w 1889 r. w ubogiej chłopskiej rodzinie nieopodal Lwowa, zamiast spędzać czas na brojeniu z kolegami, budował mały ołtarzyk i „odprawiał Msze Święte”. Od zawsze chciał zostać kapłanem, ale na przeszkodzie w osiągnięciu tego celu stanęła mu bieda. Zamiast do seminarium duchownego, udał się więc do seminarium nauczycielskiego we Lwowie. Tam łączył naukę z dawaniem korepetycji, którymi zarabiał na życie. Po ukończeniu szkoły zapukał do furty franciszkanów, ale przełożeni odesłali go z poleceniem, aby wrócił, gdy nauczy się łaciny. Wrócił już po roku, znając łacinę na tyle, żeby swobodnie tłumaczyć Cezara i Cycerona. Nauczył się też greki, tak na wszelki wypadek…

[FMP]

WIELKOŚĆ W RZECZACH MAŁYCH

25 sierpnia 1908 r. Józef stał się bratem Wenantym. Tym, co od początku charakteryzowało kleryka, było absolutne ukochanie zakonu franciszkańskiego i zakonnej reguły. Święcenia kapłańskie przyjął na kilka dni przed wybuchem I wojny światowej. Wtedy też rozpoczął pracę jako wikary w Czyszkach koło Lwowa. Co tam robił? Chyba łatwiej powiedzieć, czego nie robił… Godzinami spowiadał, głosił porywające kazania, zajmował się dziećmi, mimo szalejących chorób zakaźnych odwiedzał chorych… Niby nic wielkiego, ot – zwyczajna, parafialna praca. A jednak każdy, kto go spotykał, dostrzegał w nim niezwykłe zaangażowanie i miłość, z którą wykonywał nawet najprostsze posługi.

Wenanty mawiał, że choć zdecydowana większość ludzi nie dojdzie do męczeństwa, to każdy może osiągnąć wielkość w rzeczach małych, wiernie wykonując wolę Bożą wyrażającą się przez głos przełożonych czy tych, którzy potrzebują pomocy. Te prośby należy według niego wykonywać „szybko, dokładnie i ze świadomością woli Bożej”.

Już po roku przełożeni docenili jego nieprzeciętną osobowość i skierowali go do lwowskiego seminarium franciszkanów. Tam został magistrem nowicjatu, wykładowcą łaciny i greki oraz prefektem braci zakonnych. Nie przestał spędzać długich godzin w konfesjonale i głosić kazań. Każdą wolną chwilę wykorzystywał na studiowanie, przede wszystkim Katechizmu Soboru Trydenckiego. Można pomyśleć, że pracowity zakonnik miał czas na wszystko oprócz modlitwy, ale było zupełnie inaczej – każdego dnia spędzał przynajmniej godzinę na adoracji Najświętszego Sakramentu, adorował też relikwie Krzyża Świętego.

PRZYJACIELE

Jeszcze jako kleryk poznał na wakacjach w Kalwarii Pa- cławskiej młodszego o pięć lat Maksymiliana Kolbego. Choć nie mieli zbyt wielu okazji do spotkań, to przyjaźń, która się między nimi nawiązała, wywarła wpływ na życie obu zakonników. Wenanty z radością przyjął ideę maksymilianowej Milicji Niepokalanej i przystąpił do niej wraz ze swoimi klerykami. Zachęcał też Maksymiliana do jak najszybszego rozpoczęcia wydawania „Rycerza Niepokalanej”. Sam bardzo chciał pomóc, jednak deklarował, że zrobi to dopiero… po śmierci. A ta nadeszła szybko. Dziesiątkująca Europę grypa hiszpanka nie oszczędziła także młodego zakonnika.

Atak choroby, który spadł na niego zaledwie trzy lata po święceniach, udało mu się przeżyć. Nie wrócił już jednak do pełni sił. Powoli rozwijała się u niego gruźlica. Mimo to, kiedy tylko potrafił, siadał do konfesjonału. Bywało, że z zaplanowanej godziny robiło się ich dwanaście… Zmarł w marcu 1921 r. w Kalwarii Pa- cławskiej. Otaczający go ludzie od początku byli przekonani o jego świętości. Na pogrzebie, który zgromadził tłumy, wielu modliło się nie za niego, ale za jego wstawiennictwem.

BRAT-BANKOMAT

O złożonej przez Wenantego obietnicy pomocy o. Maksymilian przypomniał sobie, kiedy powstające dzieło „Rycerza Niepokalanej” miało poważne trudności finansowe. „Gdyby pierwszy numer pisma udało się wydać w styczniu, to byłby cud” – powiedział ktoś w otoczeniu przyszłego męczennika. Maksymilian zaczął się więc modlić za wstawiennictwem swojego współbrata. A kiedy w styczniu 1922 r. wydano zgodnie z planem pierwszy numer miesięcznika, ogłosił Wenantego patronem tego dzieła.

Do dziś sługa Boży Wenanty słynie z niezawodnego rozwiązywania problemów prawnych i finansowych, przez co franciszkanie nadali mu przydomek „brat-bankomat”. Tomasz Terlikowski, autor biografii o. Katarzyńca, podkreśla jednak, że Wenanty jest nie tylko niebiańskim księgowym, lecz także spowiednikiem. Pomagając bowiem w sprawach materialnych, jednocześnie doprowadza ludzi do pogłębienia ich relacji z Bogiem, a często także do sakramentów, przyjmowanych niekiedy po wielu latach.

Proces beatyfikacyjny franciszkanina toczy się od 1950 r., a 26 kwietnia 2016 r. papież Franciszek podpisał dekret o heroiczności jego cnót. Do wyniesienia go na ołtarze potrzeba już tylko cudu wymodlonego przez jego wstawiennictwo.

Artykuł pochodzi z Miesięcznika Różaniec – Luty 2020 r.

[/FMP]

Udostępnij