Bóg postał do Józefa swego anioła i polecił mu uratować Dzieciątko Jezus z rąk Heroda. Posłużył się też „Aniołem z Auschwitz”, by ratować dzieci od rzezi niewiniątek XX w.

Zimno. Głód. Brud. Wszechobecne wszy i szczury. Czająca się wszędzie śmierć i – jakby na przekór – nowe życie, pchające się na ten ogarnięty wojną świat. Pomiędzy tym wszystkim ona – „Mateczka”, „Anioł z Auschwitz”, „Matka matek”.

Kiedy świat drugi raz stanął u progu wielkiej wojny, Stanisława Leszczyńska – bo o niej mowa – była szczęśliwą żoną i matką czworga prawie dorosłych już dzieci. Z zawodu położna, całe swoje serce oddawała pacjentkom. Każdy odbierany poród rozpoczynała znakiem krzyża czynionym nad rodzącą, a każde nowo narodzone dziecko traktowała, jakby trzymała w ramionach Dzieciątko Jezus. Wybuch wojny niczego w tym nie zmienił – z jednakowym zaangażowaniem przyjmowała na świat dzieci polskie, żydowskie i niemieckie.

[FMP]

Jednocześnie wraz z całą rodziną angażowała się w działalność konspiracyjną. Mieszkając nieopodal granicy łódzkiego getta, wspólnie pomagali żydowskim przyjaciołom. Jej mąż i synowie aktywnie działali w podziemiu. Wszystko runęło w lutym 1943 r. Kiedy nadeszło gestapo, tylko dwóm Bronisławom – mężowi i najstarszemu synowi Stanisławy – udało się uciec. Resztę rodziny osadzono w obozach – synowie Henryk i Stanisław zostali wywiezieni do Mauthausen i Gusen, a Stanisława i jej córka Sylwia stały się „numerami” w Auschwitz.

Jednak nawet tam Leszczyńska nie zapomniała, że bycie akuszerką to powołanie, a nie tylko zawód. Cudem przemycony przez szereg rewizji dokument poświadczający jej kwalifikacje pokazała doktorowi Mengele – obozowemu lekarzowi. Przez kolejne dwa lata dniem i nocą służyła kobietom, którym w obozowym piekle przyszło rodzić dzieci.

DZIECI ZABIJAĆ NIE WOLNO

Zasada w obozie była jedna: dziecko nie miało prawa żyć. Od razu po porodzie położna miała odbierać je matce i topić w beczułce z wodą. Później rzucała małe ciałko przed barak, gdzie natychmiast dobierały się do niego szczury. Stanisława otrzymała taki sam rozkaz. Jej reakcja zaskoczyła jednak Lagerarzta. „Nie – powiedziała twardo – dzieci nie wolno zabijać, nigdy”. Drobna, szczupła kobieta znalazła w sobie siłę, aby przeciwstawić się machinie zła.

Na jednym z bloków szpitalnych urządziła „sztubę położniczą”. Kobiety rodziły na przewodzie kominowym pieca przykrytym kocem, który – jak wspominały po wojnie – aż trząsł się od wszy. Nie było wody, pieluszek, mleka… Dzieci żydowskie były natychmiast wyrywane z jej rąk i mordowane. Te, które miały jasne włoski i niebieskie oczy, zabierano, aby już poza obozem, w niemieckich rodzinach, wychować na prawdziwych Aryjczyków. Stanisława oznaczała je dyskretnym tatuażem, wierząc, że gdy wojna dobiegnie końca, matki odnajdą swoje dzieci. Pozostałe maleństwa dzięki jej zaangażowaniu pozostawały przy matkach.

Kobiety przed porodem odmawiały sobie Chleba, aby „zorganizować” prześcieradło, z którego darły pieluszki. Jeśli udawało się je wyprać, suszyły je na swoich plecach lub udach, bo za rozwieszanie ich w baraku groziła kara śmierci. Większość noworodków po kilku dniach umierała z głodu i zimna. Była to jednak śmierć otoczona miłością kochających matek. Matek, które swoim dzieciom mogły dać tylko uścisk swoich wychudzonych ramion i kołysankę, nuconą cicho do ucha…

MATKA BOŻA W JEDNYM PANTOFELKU

„W obozie koncentracyjnym wszystkie dzieci – wbrew przewidywaniom – rodziły się żywe, śliczne, tłuściutkie. Natura, przeciwstawiając się nienawiści, uparcie walczyła o swoje prawa, jakby nieznanymi rezerwami żywotności. Natura jest nauczycielką położnej. Razem z nią walczy o życie i razem z nią propaguje najpiękniejszą rzecz na świecie – uśmiech dziecka” – napisała Leszczyńska w wydanym po wojnie wstrząsającym Raporcie położnej z Oświęcimia. Tych dzieci z ręki Stanisławy przyszło na świat ponad 3000. Obóz przeżyło zaledwie 30, ale ani jedno z nich nie umarŁo w czasie porodu. Ani jedna z matek nie doznała komplikacji.

„Pewnego razu Lagerarzt kazał mi złożyć sprawozdanie na temat zakażeń połogowych i śmiertelności wśród matek i noworodków. Odpowiedziałam wtedy, że nie miałam ani jednego przypadku śmiertelnego zarówno wśród matek, jak i noworodków. Lagerarzt spojrzał na mnie z niedowierzaniem. Powiedział, że nawet najdoskonalej prowadzone kliniki uniwersytetów niemieckich nie mogą się poszczycić takim powodzeniem. W jego oczach wyczytałam gniew i zawiść. Możliwe, że ogromnie wyniszczone organizmy były zbyt jałową pożywką dla bakterii” – pisała w Raporcie.

„Matko Boża, przybądź z pomocą, choćby w jednym pantofelku” – modliła się za każdym razem, kiedy rozpoczynał się poród. Rodzącym dawała nie tylko fachową wiedzę, ale przede wszystkim nadzieję. „Co znaczyło móc liczyć na kogoś tam, w tym piekle, co znaczyło doznać czyjejś troski, opieki, serdecznej dobroci – wiedzą tylko ci, którzy tam byli. Ona ratowała nas i naszą wiarę. W Boga. W ludzi. I to było może ważniejsze niż chleb” – wspomina Maria Salomon, jedna z oświęcimskich matek.

Po wojnie Stanisława Leszczyńska pracowała przez wiele lat jako położna, angażując się w obronę życia poczętego. Zmarła po długiej chorobie w 1974 r. Niespełna dwie dekady później rozpoczął się jej proces beatyfikacyjny.

Artykuł pochodzi z Miesięcznika Różaniec – Styczeń 2020 r.

[/FMP]

Udostępnij

Psycholog dziecięcy, członkini Wspólnoty i Szkoły Ewangelizacji Jezusa Miłosiernego w Rybniku, absolwentka Akademii Dziennikarstwa na PWTW.