Matka Germaine weszła do małej celi w głębi korytarza. Elżbieta leżała na łóżku i pojękiwała cicho.
– Bardzo cierpisz, córko? – zapytała przełożona, siadając namałym stołeczku pod oknem, tuż obok łóżka.
– Tak, matko – odparła Elżbieta. – Wydaje mi się, jakby drapieżne zwierzęta pożerały mi żołądek.
– Tak mi ciebie szkoda. Wiesz zapewne, że choroba Addisona jest nieuleczalna.
– Tak, matko, wiem. Będę coraz słabsza, coraz mniej będę mogła jeść i wszystko mnie będzie bolało, aż w końcu mój organizm już nie wytrzyma i umrę. Ale nie mówmy o domu Boga, porozmawiajmy lepiej o Nim samym.

Matka przełożona uśmiechnęła się smutno. Dobrze pamiętała dzień Pierwszej Komunii świętej Elżbiety. Była wtedy sekretarką matki przełożonej i to jej przypadło w udziale napisać dla dziewczynki dedykację na obrazku, który miała otrzymać, gdy – wedle zwyczaju – przyjdzie do klasztoru po błogosławieństwo. Twoje imię błogosławione kryje w sobie tajemnicę, która spełnia się właśnie dziś, w tym wielkim dniu. Dziecino droga, twoje imię – Elżbieta – to na ziemi „Dom Boga”, Boga, który jest miłością.

O, jak bardzo wzięła sobie te słowa do serca dwunastoletnia dziewczynka, której energii i wybuchowego charakteru nikt nie był w stanie okiełznać. Skoro jest domem Bożym, musiała zrobić wszystko, by Bóg dobrze się czuł w swoim domu. Odtąd zaczęła usilnie pracować nad sobą. Z dnia na dzień zmieniała się nie do poznania. Aż dziw brał, że można zmienić się aż tak! Z krzykliwej, wybuchowej i wciąż złoszczącej się na wszystkich dziewczynki stała się miła, cicha i spokojna, wobec każdego uprzejma i uczynna, tylko czasem można było dostrzec w jej oczach ogniste iskry i jakiś dziwny skurcz twarzy, który mógł świadczyć tylko o tym, jak bardzo się siebie zapierała, by już więcej nie mówiono o niej, że jest „małym diablątkiem”. Elżbieta wciąż powtarzała sobie, że jest mieszkaniem Boga, aż w końcu ta prawda tak wyryła się w jej sercu, że postanowiła oddać swoje życie Bogu na wyłączność, wstępując do Karmelu, tam, gdzie po raz pierwszy usłyszała dobrą nowinę o swoim imieniu. Świat jednak rzadko jest skłonny zrezygnować ze swojej własności. Jak to? Ta Elżbieta? Ozdoba salonów i zwyciężczyni konkursów pianistycznych miałaby zrezygnować ze słodkiego, barwnego życia, które właśnie zaczęło się przed nią roztaczać?

– Powiedz, Elżbieto – zwróciła się do swojej chorej podopiecznej matka Germaine – czy nigdy nie żałowałaś światowych radości i zabaw, tego wszystkiego, co musiałaś porzucić, by wstąpić do Karmelu? Przecież byłaś obiecującą pianistką, kochałaś muzykę Chopina…
– Nadal ją kocham, matko. A światowe spotkania… Wiesz, matko, one ostrzegały mnie przed własnym sercem; wiedziałam, że tak łatwo się zatracić; walczyłam, długo walczyłam, aż w końcu, gdy miałam osiemnaście lat, walka się skończyła. Dobry Bóg ulitował się nade mną i poczułam, że należę całkowicie i wyłącznie do Niego. I potem zawsze już było tak, że pośród bankietów, zabaw i tańców porywana byłam nagle przez swojego Mistrza i nie myślałam o niczym innym, jak tylko o przyjęciu Komunii następnego dnia. Nie żałuję, matko, niczego. Być może nasze życie tu, w Karmelu, nie jest wiele warte w oczach świata, lecz czymże byłby ten świat, gdyby nie nasze modlitwy i całkowite zanurzenie w Trójcy Przenajświętszej. Och, matko, czuję wokół mej duszy tak wiele miłości. Jest ona jak ocean, do którego wód rzucam się i w którym tonę. Tak, matko, On jest we mnie, a ja jestem w Nim. Nic nie jest ważne prócz tego, by kochać Go i Jemu pozwolić się kochać, w każdym momencie i w każdej rzeczy; budzić się w miłości, poruszać się w miłości, zasypiać w miłości, z duszą w Jego duszy, sercem w Jego sercu, z oczami w Jego oczach. Och, gdyby nie to moje ciało, które sprawia tyle bólu…

Elżbieta przestała mówić i spojrzała na matkę Germaine, która skrzętnie zapisywała coś w małym zeszyciku.
– Co tam piszesz, matko?
– A nie, nic, tak sobie zapisuję to, co mówisz… Pójdę już, córko, obowiązki mnie wzywają, a i tobie należy się chwila samotności.
– Matko, czy jest matka spokojna, zostawiając mnie tu samą? – zapytała Elżbieta, gdy przełożona podniosła się ze stołka i ruszyła w stronę drzwi.

Matka przełożona zatrzymała się i spojrzała pytająco na Elżbietę.
– Tak bardzo cierpię, że czasem myślę o samobójstwie – wyjaśniła Elżbieta, patrząc na otwarte okno. – Ale niech matka będzie spokojna, Bóg jest tutaj i patrzy na mnie.

***

Parę miesięcy później stało się to, co Elżbieta przepowiedziała: choroba wykończyła jej ciało. Doczesne mieszkanie Boga rozpadło się, by On sam mógł powrócić do nieba, niosąc w ramionach swą wierną oblubienicę.

Elżbieta od Trójcy Przenajświętszej zmarła w klasztorze karmelitańskim w Dijon 9 listopada 1906 r., w wieku zaledwie 26 lat. W 1984 r. Kościół ogłosił ją błogosławioną, a w październiku 2016 r. – świętą. Aby pogłębić wiedzę na jej temat, warto sięgnąć po trzeci tom „Nowych portretów świętych” Wydawnictwa Sióstr Loretanek.

Artykuł pochodzi z Miesięcznika Różaniec – LIPIEC/SIERPIEŃ 2017 r.

Wydawnictwo Sióstr Loretanek POLECA

Nowe Portrety Świętych Tom 1

Nowe Portrety Świętych Tom 1
Antonio Sicari OCD

Obraz oglądany po wielekroć wydaje się znany w najdrobniejszym szczególe. A jednak za którymś razem strumień światła padającego pod innym kątem może niespodziewanie odsłonić coś, co dotąd ukryte było w cieniu. Podobnie jest ze świętymi. Napisano o nich wiele, dużo też o samej świętości powiedziano. Czy można coś jeszcze dodać? Zwłaszcza w dzisiejszych czasach, które nie są „erą świętych”? Ta – tak nam się zdaje – dawno minęła. Zostały tylko pożółkłe fotografie i wyblakłe ryciny w pociemniałych ramach…

Share.

Dr nauk humanistycznych w specjalności nauk o sztuce. Absolwentka UW i UKSW.