Delikatny zmrok powoli otulał miasto, gdy mały Leopold nakrywał stół do kolacji dla swojej licznej rodziny.
– Leo? – usłyszał z kuchni trochę cierpki głos.
– Tak, matko?
– Czy byłeś już u księdza proboszcza w sprawie kary za wczorajszy incydent? – Matka Leopolda, pani Dragica, weszła do jadalni i postawiła na stole kosz pełen chleba. Leopold na chwilę przestał nakrywać i zwrócił ku niej pytające spojrzenie.
– Wczoraj przy kolacji rozlałeś herbatę, już nie pamiętasz?
– Ależ pamiętam, tylko… przecież to tylko herbata… poza tym zrobiłem to niechcący, więc…
– Rozlałeś!
– Tak, matko. Jutro po szkole zajdę do kościoła, żeby poprosić księdza proboszcza o karę.

***

– Więc mówisz, że rozlałeś herbatę i matka przysłała cię do mnie, żebym wyznaczył ci karę?
– Tak, ojcze.
– No cóż, rozlana herbata… – proboszcz z trudem ukrywał zdumienie, by nie stawiać pani Dragicy przed synem w złym świetle. – Matka będzie musiała wyprać ten obrus…
– Tak, ojcze.
– Nie znam się na praniu, ale domyślam się, że to będzie bardzo trudne… taaaak… Poczekaj tu na mnie chwilę. – Proboszcz podrapał się po brodzie i szybko wyszedł z zakrystii, a po paru minutach pojawił się w niej znowu z małym zawiniątkiem w ręku.
– A oto i twoja kara – zwrócił się do chłopca. – Masz tu woreczek z grochem. Uklękniesz na nim przed ołtarzem, prosząc Boga, by wybaczył ci twoje przewinienie.
– Czy długo będę musiał prosić?
– Masz klęczeć tak bez ruchu, aż po ciebie nie przyjdę.
– Dobrze, ojcze.

Leopold wziął do ręki woreczek i szybko wyszedł z zakrystii. Nie chciał, żeby ksiądz zobaczył łzy, które zbierały się w jego oczach. „Przecież to tylko herbata… i matka wcale nie będzie musiała prać obrusa… takie rzeczy robi Petra… – myślał, pochlipując – a poza tym, ileż to razy Tea rozlała zupę albo sok i nie spotkała jej za to żadna kara”. Chłopiec podszedł do ołtarza, położył woreczek z grochem na podłodze i uklęknął na nim. „Klęczeć bez ruchu… – powtórzył szeptem słowa proboszcza – ale jak to zrobić?”.

Leo poruszył nogą, by wpasować ją jakoś między ziarna grochu, ale na próżno. Minęło parę minut, które dla chłopca ciągnęły się w nieskończoność. „O Jezu, dlaczego jesteś aż tak okrutny, żeby za taki drobiazg wymierzać tak srogą karę?” – Leo z wyrzutem popatrzył na tabernakulum i w tej chwili wydało mu się, że dotkliwy ból w kolanach ustąpił. „O nie, to niemożliwe, to nie Ty, Jezu… Ty jesteś dobry… bardzo dobry…”.

Czterdzieści lat później
– Witajcie, ojcze, przyszedłem po poradę duchową, ale widzę…
– Ezio Franceschini, rektor uniwersytetu w Padwie, penitent i wierny przyjaciel ojca Leopolda, wahał się, czy usiąść na krześle obok kapucyna, czy raczej się wycofać. – Jeśli to zły moment, mogę przyjść innym razem.
– Nie, nie. Siadaj synu, proszę.
– A jednak nie wyglądacie najlepiej – podjął wątek Franceschini. – Czy coś was trapi?
– Ezio, powiedz mi – zaczął ojciec Leopold – czy uważasz, że jestem zbyt łagodnym spowiednikiem?
– No cóż, ojcze… ludzie mówią… to znaczy… – rektor zaczął się plątać, nie wiedział, czy wypada powiedzieć, że właśnie ta niesłychana łagodność i wyrozumiałość, słynna na całą Padwę, sprawia, że ogonek penitentów przed celą ojca Leopolda nigdy się nie kończy. – Nawet jeśli tak jest, nie sądzę, żeby był to powód do zmartwień; łagodność nie jest przecież wadą…
– Rozumiem, co masz na myśli, Ezio. Ale przecież, gdy ktoś klęka tu przede mną, czyż już sam ten gest nie jest dowodem, że pragnie się pojednać z Bogiem?
–  I ja tak myślę, ojcze.
– Lecz inni bracia ganią mnie za moją, jakoby zbyt wielką pobłażliwość, i to mnie martwi. Czyż sam Jezus nie dał nam przykładu wielkiej łagodności i miłosierdzia wobec grzeszników? A ja kilka razy musiałem odmówić rozgrzeszenia! Nie jestem więc tak łagodny jak On! O tak! I wiesz, co myślę? – Ojciec Leopold powoli odzyskiwał swój zwykły, pogodny styl bycia.
– Myślę, że gdyby sam Ukrzyżowany zechciał mnie zganić za moją zbytnią pobłażliwość, odpowiedziałbym Mu: „Dobry Panie, to Ty dałeś mi ten zły przykład! Ja nie doszedłem jeszcze do takiego szaleństwa, aby umierać za innych!”.

Ezio Franceschini zaczął śmiać się na te słowa. W pewnej chwili spoważniał i uważnie popatrzył na rozpogodzoną twarz kapucyna.

– A swoją drogą, ojcze, skąd u ojca tyle sił i wytrwałości? Przecież spowiada ojciec całymi dniami. Jak ojciec to wytrzymuje?
– Widzisz, synu, spowiadanie to całe moje życie… nie mam nic innego… nic lepszego, co bym mógł ofiarować naszemu Panu.
– I nie jest ojcu ciężko?
– Zapewniam cię, synu, że mógłbym spowiadać do końca świata, gdyby tylko taka była wola Boga. – Ojciec Leopold popatrzył na przyjaciela z tajemniczym uśmiechem, a potem dodał: – Wiesz, kiedyś, gdy byłem mały, dopuściłem się bardzo małego przewinienia i spotkała mnie za to surowa kara. Musiałem klęczeć w kościele na grochu wobec wszystkich ludzi. I wtedy, gdy tak klęczałem, podjąłem przed Bogiem postanowienie, że gdy dorosnę, zostanę księdzem i wszystkich grzeszników będę traktować z wielką dobrocią i miłosierdziem. Odtąd dobry Bóg wspiera mnie w moim postanowieniu; wierz mi, Ezio, że ja sam jestem tylko słabym grzesznikiem i nigdy nie byłoby mnie stać na najmniejszy akt miłosierdzia, ale Bóg jest dobry… bardzo dobry…

Artykuł pochodzi z Miesięcznika Różaniec – MARZEC 2017 r.

Wydawnictwo Sióstr Loretanek POLECA

Sakrament Pokuty i Pojednania

Sakrament Pokuty i Pojednania
ks. Piotr Pawlukiewicz

Niniejsza książeczka, wchodząca w skład serii „Droga do Nieba” to mały przewodnik i specyficzny elementarz. Autor dzieli się swoją wiedzą, przemyśleniami i doświadczeniem kapłańskim, ilustrując wybrane formuły katechizmowe przykładami z życia. Czyni to w formie prostej, przystępnej i barwnej, z myślą o najmłodszych czytelnikach. Książeczki z serii adresowane są do dzieci i młodzieży, ale można je polecić także rodzicom, jak również do wspólnej lektury rodzinnej.

Share.

Dr nauk humanistycznych w specjalności nauk o sztuce. Absolwentka UW i UKSW.