Warszawski Klub Rodzin Abstynenckich „Serce” istnieje już dziewięć lat Początkowo mieścił się przy ul. Narbutta, potem na Wybrzeżu Kościuszkowskim i przy ul. Górnośląskiej. Od grudnia 1992 r. ma swoją siedzibę przy ul. Poznańskiej 13 m 5. Na początku było ich tylko kilkoro. Potem zaczęli dołączać się inni. Alkoholicy i ich rodziny tu właśnie postanowili rozegrać swoją walkę z nałogiem. Nie wszystkie bitwy udaje się wygrać, ale większość z nich konsekwentnie podejmuje trud dążenia do abstynencji. Mówią o sobie otwarcie, choć wspominając, przez co przeszli, mają łzy w oczach. Dla nich powrót do normalności graniczy z cudem, przeżyli bowiem swoje zmartwychwstanie.

RYSZARD PONIKOWSKI

Kiedyś, jak zwykle, obudziłem się nad ranem i właśnie w tym momencie uświadomiłem sobie, że jestem zerem, niczym i okropnie zapragnąłem żyć jak człowiek. Piłem przez prawie dwadzieścia lat A tamtej nocy zobaczyłem swoje życie jak na dłoni. Być może właśnie wtedy uwierzyłem w Opatrzność, w to, że ktoś kieruje moim życiem. Chciałem je zmienić, ale nie umiałem tego zrobić sam.

W 1986 r. załatwiłem sobie sądowe leczenie. Pojechałem na odwyk. Początkowo była to gehenna. Zima stulecia i praca. Ciężka, ale każdy chciał być między ludźmi. Po wyjściu z odwyku zaczęła się walka o trzeźwe życie. Byłem słaby fizycznie i moralnie, miałem długi, a na dodatek dostałem się do pracy tam, gdzie zaczynałem pić. Jednak powoli, powoli trzeźwe życie zaczęło procentować.

Najpierw razem z dwoma kolegami założyłem klub abstynencki w małej miejscowości pod Częstochową, gdzie mieszkałem. Wkrótce nasze grono powiększyło się i zaczęło nam brakować miejsca. Ale czego nie robi upór i chęć życia. Dzięki kolegom z Częstochowy dostaliśmy do użytku nieczynne od trzech lat pomieszczenia, które sami doprowadziliśmy do porządku. I tak się zaczęło.

Pamiętam ten czas jako życie bardzo zachłanne. Dużo działałem, podróżowałem po całej Polsce. Potem na jednym z obozów poznałem Barbarę. Była po rozwodzie z mężem alkoholikiem. Pokochaliśmy się i wzięliśmy ślub cywilny. Jednak po pewnym czasie okazało się, że nie możemy tak żyć. Rozdźwięk pomiędzy przekonaniami religijnymi a pragnieniem bycia razem był zbyt wielki. Po pielgrzymce zdecydowaliśmy się na separację. Nie mam wątpliwości, że Barbara jest dla mnie tą jedyną, ale cóż, tak musi być.

Trzeźwienie to jest droga do Boga. To jest naturalne. Wcześniej czy później każdy z nas dochodzi do wniosku, że Bóg jest mu bardzo potrzebny. Tak było i ze mną. Moja droga jest wolna, ale stała Sam widzę, że niektóre problemy już mnie nie irytują tak jak przedtem.

Jestem dopiero w drodze do Boga, bo jeszcze się całkiem nie przełamałem, uważam, że jeszcze nie jestem w stanie w pełni uczestniczyć w życiu Kościoła, że coś się jeszcze we mnie buntuje. Mimo to jednak bardzo pragnę na tej drodze wytrwać.

PAWEŁ S.

Mam czterdzieści jeden lat. Piłem przez dwadzieścia trzy lata. W styczniu minęły dwa lata mojej abstynencji. Przez ostatnie lata kilkakrotnie wydawało mi się, że to już dno, kiedy po kolei traciłem wszystko: pracę, rodzinę. Zacząłem się leczyć pięć lat temu. Pięć razy byłem na odtruciu na Kolskiej i dwa razy na odwyku na Nowowiejskiej. Przedtem trafiłem do Klubu. Nie piłem przez osiem miesięcy. Ale jak spróbowałem – piłem przez pół roku bez przerwy. I wówczas, było to dwa lata temu, dostałem bezwładu nóg. To było moje dno. Przez pięć dni nie wychodziłem z domu. Od tego czasu nie piję. Wróciłem do Klubu. Tu cały czas poddaję się terapii. Dużo się dzieje. Mam kontakt z ludźmi. Pracuję w Wytwórni Filmów przy Chełmskiej. Przedtem przez osiem lat nie pracowałem w ogóle. Oprócz śmierci przeszedłem już wszystko: kryminał, odtrucia, stratę rodziny. Teraz to jest nowe życie. Alkohol nie jest mi już potrzebny. Osiągnąłem pogodę ducha, jestem wreszcie zadowolony z życia.

BARBARA PONIKOWSKA

Jestem jedną z pierwszych osób należących do Klubu. Jestem wierząca, codziennie odmawiam Różaniec, należę do grupy neokatechumenalnej. W moim życiu było wiele upadków i dlatego zdaję sobie sprawę, jak ważne było moje nawrócenie. Dzięki temu zdałam sobie sprawę z grzechu cudzołóstwa (małżeństwo niesakramentalne z Ryszardem) i miałam siłę wyrwać się z niego. Było to dla mnie swoistym zmartwychwstaniem.

Przyszłam do Klubu z ogromną chęcią pomagania mojemu pierwszemu mężowi w chorobie alkoholowej. Ze zdziwieniem jednak spostrzegłam, że nie tylko on, ale i ja potrzebuję pomocy.

Ludzie, którzy stanęli na mojej drodze, uświadomili mi, że ja też mam problem. Gdyby Bóg nie postawił ich na mojej drodze, nigdy nie zdałabym sobie sprawy ze swoich potrzeb. Dzięki tym ludziom powoli włączam się w życie Kościoła.

Kontakt z Klubem to przepiękny okres w moim życiu, bardzo trudny i dlatego piękny. Widziałam ludzi, którzy chcą wyjść z choroby, dla których to jest naprawdę drugi dom. Są tu i to jest najważniejsze. Mogą przyjść, poczuć się bezpiecznie, poznać siebie. Cieszę się, że mam w tym swój udział.

KRZYSZTOF LORENC

Piłem ponad dwadzieścia lat i nie piję siedem. W czwartą rocznicę abstynencji rzuciłem palenie. Moment przełomu przyszedł w 1989 r. w styczniu, po ataku delirium, gdy karetka pogotowia wiozła mnie do szpitala. Obudziłem się w szpitalu przy Sobieskiego. Powoli zacząłem dochodzić do siebie. Na tym samym oddziale była pacjentka ze schizofrenią. Bardzo mi pomogła. Nikt mnie nie odwiedzał, a ona wszystkim się ze mną dzieliła. Zwierzyłem się jej ze swojego życiorysu. Kiedy wychodziłem ze szpitala, dała mi pieniądze, prosząc tylko, bym nie wydał ich na alkohol. Wiedziała, że nie mam nawet na chleb. W czasie mojej nieobecności dom stał się prawdziwą meliną, zamki były zmienione, w środku wyniesione lub zniszczone dosłownie wszystko. Spałem na kurtce na podłodze. Ubranie miałem tylko to, co na sobie.

Po kilku dniach zapukała do mnie siostra zakonna, s. Rozalia. To ona skierowała mnie do Klubu przy Narbutta. Zaprosiłem klubowiczów do siebie. Pomogli mi odnowić mieszkanie, z Kościoła dostałem paczki żywnościowe i część potrzebnych rzeczy. Od tego czasu nie wziąłem alkoholu do ust

Moje nowe życie procentowało. Po trzynastu latach niewidzenia wrócił do mnie syn, w ubiegłym roku zostałem szczęśliwym dziadkiem. Jeszcze niedawno nie miałem nikogo, a teraz mam prawdziwą rodzinę.

Kiedy ktoś mnie pyta o datę urodzin podaję dwie: 1954 rok i 10 stycznia 1989 rok. Bo wtedy urodziłem się na nowo. Mocno wierzę w to, że jest siła, która kieruje moim życiem. Teraz chce mi się żyć: płakać, tańczyć, śpiewać…

Artykuł pochodzi z Miesięcznika Różaniec – Kwiecień 1996

Wydawnictwo Sióstr Loretanek POLECA

Objawione w…

Objawione w…
Bolesław Słota CSsR

Objawione w… to krótkie medytacje bogato ilustrowane. Książka jest fragmentarycznym zatrzymaniem w czasie i miejscach, gdzie jest możliwe spotkanie Boga. Jest towarzyszeniem osobom i wydarzeniom, które opowiadają o tęsknotach i potrzebach serca oraz wskazują ich Autora. Objawione w… odwołuje się też do spotkań zapisanych w Ewangelii.

UDOSTĘPNIJ