„Tam, daleko, za dniem wędrówki, za wydeptanym asfaltem, za piaszczystymi drogami jest Jasnogórski Obraz… Niesiemy ze sobą stówa, które tam wypowiemy, po przebyciu drogi, która dzieli i łączy. Twarz Maryi ożyje na obrazie, kiedy będziemy pytać, nadsłuchiwać odpowiedzi, wypatrywać spojrzenia, które tyle może powiedzieć, i odejdziemy bogatsi o to spojrzenie” (A. Balcerzak, Pielgrzymka, czyli być w drodze).

Antoine de Saint-Exupery napisał: „Kochać to nie patrzeć na siebie wzajemnie, lecz patrzeć razem w tym samym kierunku.” Może dlatego co roku tysiące cudzoziemców – między innymi Francuzów – bierze udział w pielgrzymce na Jasną Górę. W rzeczy samej wszyscy tu patrzą w tym samym kierunku, w kierunku krzyża, w kierunku Matki Bożej, która tam daleko czeka jak zwykle na każdego, na każdą z nas.

Raz tylko maszerowałem wśród innych do źródła miłości. Dlaczego tylko raz? Może dlatego po prostu, że jestem człowiekiem słabym i leniwym, może też dlatego, że to było takie wzruszenie, że nie bardzo widzę, jak mógłbym to powtórzyć, tak jak unikalna dla mnie była pielgrzymka do Ziemi Świętej z ks. prałatem Wiesławem Niewęgłowskim. Radość była wówczas tym większa, że do Częstochowy szedłem z grupą rodaków, młodych ludzi z mojej parafii w Saint-Remy-les-Chevreuse pod Paryżem, których udało mi się namówić, żeby wzięli udział w budowie kościoła mojej tutejszej parafii w Zalesiu Górnym. Byłem pełen patriotycznej satysfakcji, widząc jak solidnie pracowali na budowie, mieszając i rozlewając beton. Na zakończenie, jako nagrodę, ks. prałat Jan Marcjan, wielki budowniczy domów Bożych, wziął nas na pielgrzymkę na Jasną Górę.

Początki były po prostu radosne. Jeden wielki piknik wśród wesołej młodzieży. Jeden z nas wspaniale grał na gitarze i nasza grupa była głośna. Grupa Niemców przed nami śpiewała nasze francuskie pieśni religijne, my śpiewaliśmy po niemiecku Wieczorem znowu rozśpiewana Msza święta nad rzeką i długie nocne rozmowy przyjaciół, modlitwy i medytacje. Pod koniec drugiego dnia czuliśmy już przedziwny urok pielgrzymowania. To nie była tylko radość i śmiech, i pieśni, ale już braterstwo osób, które czuły, że są tu razem, bez żadnych różnic, jako dzieci Boże patrzące w tym samym kierunku, uderzone tą ewidentną prawdą, że wierzyć to przede wszystkim kochać. Wszyscy dążyli do Matki naszej, mistrzyni miłości, ale już mieli Ją w sercu

To przeżycie było szokiem dla nas wszystkich, a może szczególnie dla młodych rodaków. To była wspaniała młodzież, ale przyjechała z kraju, w którym jest 12 proc. ludzi praktykujących, gdzie od dawna atakuje zewsząd materializm, hedonizm, permisywizm, przekonanie, że wolność znaczy dowolność, że każda rozkosz musi być osiągnięta natychmiast, nawet jeżeli nie ma sensu i wartości, i zostawia po sobie tylko gorzki smak zagubienia się człowieka, który nie widzi sensu swojego bytowania na tej ziemi. Od nikąd do nikąd.

A tu moi rodacy czuli z ogromną i niemą siłą, że to wszystko doprawdy ma sens, że my wiemy, dokąd idziemy, że nasza mała pielgrzymka na tej ziemi jest radosnym i godnym przejściem do Pana i do naszej Matki. Wszyscy byli przemienieni w sobie. Pokój, współistnienie z Ojcem, i to serce Jakby pękające z miłości. Słowa są zbędne, wystarczą pieśni, które łączą jeszcze bardziej. Po co mówić, kiedy można śpiewać? Po co mówić, kiedy wszystko jest tak jasne? Nawet ja, choć zazwyczaj fatalnie fałszuję, tu potrafiłem śpiewać z innymi.

Chodząc zmęczony, radośnie myślałem o Pascalu, wybitnym umyśle, który radził nam. abyśmy potrafili briser la machinę („łamać maszynę”), oderwać się od ciężaru ciała, które utrudnia życie duchowe, albo lepiej dać temu ciału żyć w pełni, tak żebyśmy mogli osiągnąć jedność ciała i ducha, czuć, że jesteśmy wreszcie pełnymi osobami. Myślałem też o słowach Prymasa Tysiąclecia, który francuskim zakonnicom, gdy prosiły go o radę, odpowiadał: Avez donc la foi de vos Bretonnes! („Miejcie wiarę waszych Bretonek!”). Przez to kardynał Wyszyński chciał powiedzieć, że to nie intelekt jest ważny, ale że nasza wiara musi być pełna, musi być wiarą serca, tak samo jak wiarą rozumu. W tych momentach wszyscy zrozumieliśmy, że istnieje taka prosta, radosna, miłująca wiara, która przewyższa wiarę przeinte- lektualizowaną. Dla Francuzów, którzy mają tyle mądrych kaplic intelektualnych i tak mało żywej wiary, to odkrycie było wyjątkowo cenne.

Wspaniała była atmosfera serdeczności, wspólnotowości. Nie tylko pielgrzymujący byli braćmi i siostrami, ale wszyscy napotkani ludzie we wsiach i miasteczkach, którzy witali, oferując wszystko, co mieli: picie, łóżko czy po prostu uśmiech serdeczny. Ta atmosfera zrobiła na moich rodakach największe wrażenie. Ukazała się nam w całej pełni prawda o powszechności i braterstwie Kościoła. Wiedzieliśmy, że tylko tu, działając razem we wspólnocie, każdy z nas może się zrealizować jako autentyczna osoba ludzka. I ta wspólnota była wspólnotą miłości, której pięknym symbolem był w przedostatnim dniu ślub pary, która poznała się na poprzedniej pielgrzymce.

Miałem tylko kilka podobnych, tak intensywnych momentów w swoim życiu: rekolekcje przed pierwszą Komunią świętą, które sobie przypominam jakby to było wczoraj, odkrycie Ziemi Świętej, spotkanie Ojca Świętego z młodzieżą w Częstochowie. Wiem że moi rodacy przeszli podobny szok. Zresztą dwie pary z naszej grupy zostały później małżeństwami. Doprawdy – pielgrzymka miłości.

A na marginesie: na długo zapamiętałem ten wyraz twarzy księdza Prymasa Józefa Glempa stojącego po lewej stronie drogi, już w Częstochowie, do którego ks. prałat Marcjan nas zaprowadził. Ksiądz Prymas był wyraźnie zdumiony, rozpoznając w tym spoconym zakurzonym pielgrzymie z plecakiem korespondenta prasy zagranicznej. Mam nadzieję, że ksiądz kardynał zdążył mi wybaczyć mój ówczesny wygląd…

***

Dlaczego pielgrzymka z Warszawy?

Wszystko zaczęło się w 1711 r. Mieszkańców stolicy dziesiątkował tyfus plamisty, miasto wymierało. Wówczas z inspiracji przeora paulinów, o. Innocentego Pokorskiego, członkowie istniejącego przy kościele Świętego Ducha Bractwa Pana Jezusa Pięciorańskiego złożyli ślubowanie, że jeśli ustanie zaraza, w imieniu mieszkańców Warszawy odbędą pieszą pielgrzymkę na Jasną Górę.

Latem tamtego roku wyruszyła pierwsza piesza pielgrzymka warszawska na Jasną Górę – była ona aktem wdzięczności za ustanie zarazy oraz wypełnieniem złożonego ślubowania Bractwo przyjęło na siebie obowiązek organizowania kolejnych pielgrzymek, a ich prowadzenia podjęli się ojcowie paulini. Pielgrzymki były nie tylko wypełnianiem złożonego ślubowania; wśród intencji pątników zaczęły wkrótce dominować sprawy Ojczyzny. Kroniki notują, że jedna z pielgrzymek, w 1682 r., miała charakter patriotycznej demonstracji antyzaborczej i wyrażała wolnościowe nastroje stolicy.

W 1894 r. na pielgrzymkę z Warszawy wybrał się w charakterze reportera Władysław Reymont, który napisał o niej czternaście reportaży wydanych w formie książki. Stała się ona początkiem jego literackiej drogi do nagrody Nobla

Warszawscy pielgrzymi byli zawsze z radością witani na trasie; w czasie zaborów widziano w nich symbol wciąż istniejącego Państwa Polskiego. Ich wędrowanie trwało nawet w najtrudniejszych latach, także w okresie okupacji hitlerowskiej.

Dziś jest to pielgrzymka, na którą wyruszają nie tylko mieszkańcy Warszawy. Gromadzi ona wiernych z całej Polski, pielgrzymujących w intencji swojej Ojczyzny swoich rodzin, szukających wśród pątniczego trudu sensu i celu własnego życia. Od kilkunastu lat pielgrzymka ma coraz bardziej międzynarodowy charakter. Wśród kilku tysięcy mieszkańców innych krajów, którzy wędrują pieszo z Warszawy na Jasną Górę, największą grupę stanowią Włosi, Niemcy, Węgrzy, Słowacy i Francuzi.

Artykuł pochodzi z Miesięcznika Różaniec – Lipiec/Sierpień 1996

Wydawnictwo Sióstr Loretanek POLECA

Dzieci Boga Świadectwa Matek

Dzieci Boga Świadectwa Matek
Magdalena Kamińska

„Dzieci Boga Świadectwa Matek” to zbiór świadectw o «życiu jako dialogu pomiędzy Stwórcą a stworzeniem». Dwanaście matek jak dwanaście plemion Izraela i jak dwunastu Apostołów opowiada kobiecymi i matczynymi zarazem ustami o pasji życia, jaką Bóg wszczepił w serce człowieka.

Share.