Stany Zjednoczone Ameryki Północnej są dziś krajem podzielonym głębiej, niż kiedykolwiek dotąd, głębiej nawet niż w latach wojny domowej – tę opinię głoszą zarówno tamtejsi konserwatyści, jak i „liberałowie” (w USA słowo „liberał” ma inne niż w Europie znaczenie, odpowiadające naszemu „socjalista”). Różni ich tylko wyjaśnienie przyczyn zjawiska. Zwolennicy postępu twierdzą, że podziały i wywoływane nimi napięcia nawarstwiały się i narastały od pokoleń, a podjęte w ostatnim półwieczu próby ich złagodzenia były niewystarczające. Tradycjonaliści dowodzą, że przeciwnie, to właśnie owe próby są główną przyczyną kłopotów.

SUBKULTURA „DZIELNIC SOCJALNYCH”

Jedną ze spornych kwestii jest sprawa wielkomiejskich „dzielnic socjalnych” – i szerzej, tej części społeczeństwa, która utrzymuje się z państwowych świadczeń. W ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat wytworzyła ona własną, specyficzną subkulturę – „kulturę ulic”, jak określają ją badacze. Owa „kultura ulic” doskonale zrymowała się z ideami wielu intelektualistów, pozostając w całkowitej sprzeczności z tradycyjnymi wartościami, na których zbudowane zostało amerykańskie społeczeństwo.

Wartości te to rodzina, pracowitość i oszczędność, odpowiedzialność, oznaczająca pomnażanie rodzinnego majątku z pokolenia na pokolenie – ale także aktywne uczestnictwo w życiu lokalnej wspólnoty, zwłaszcza w organizacjach niosących pomoc potrzebującym. Ten model życia wciąż jest kultywowany w szeregu małych, amerykańskich miast, zwłaszcza na południu. Większość Amerykanów wciąż wyznaje zasadę, iż mężczyzna winien w życiu osiągnąć zawodowy sukces, zapewnić dostatek żonie i dzieciom (co najmniej czwórce dzieci), kobieta zaś być dobrą matką, czuwającą nad przekazaniem potomstwu zasad przyzwoitego życia. Ludzie, którym się w życiu nie powiodło, mogą natomiast liczyć na miłosierdzie bliźnich i wsparcie instytucji dobroczynnych, ale nie cieszą się szacunkiem – raczej pokazuje się ich dzieciom jako przykład, czym kończy się w życiu lenistwo i lekkomyślność.

„Kultura ulic”, znacznie bliższa temu, co po półwieczu socjalizmu znamy z autopsji w Polsce, odwraca ten model do góry nogami. Nie stawia przed człowiekiem żadnych wymagań, nie zmusza go do wysiłku, do osiągania jakichś celów bądź służenia wyższym wartościom. Przyjmuje, że każdy żyje dla siebie samego i powinien być szczęśliwy. Oznacza to, że człowiek przede wszystkim powinien czerpać z życia przyjemność. Jest to jego prawem, a nie przywilejem – prawem, którego realizacja należy do obowiązków reszty społeczeństwa, a ściśle biorąc, do rządu. Inaczej mówiąc, „kultura ulic” opiera się na postawie roszczeniowej – mieszkańcy wielkomiejskich gett pozostają w życiu bierni, domagają się, by godziwe życie, edukację, mieszkanie i pracę załatwiły im powołane do tego instytucje. Żadna z tych rzeczy nie jest zresztą szczególnie ceniona – pieniądze to coś, co się bierze i wydaje, praca to zbędna fatyga za niegodne uwagi grosze – godne pożądania mogą być tylko pieniądze duże, osiągane szybko i małym wysiłkiem. Jedyną drogą ich zdobycia jest przestępczość, która też w dzielnicach socjalnych kwitnie.

Rodzina nie jest w nich ceniona w stopniu najmniejszym, przeciwnie – znajduje się w zaniku. Przytłaczająca większość dzieci wychowywana jest przez samotne matki, utrzymujące się z zasiłków. Seks traktowany jest jako swego rodzaju gra i sposób na zaspokojenie fizycznych potrzeb, jedynym uznawanym sposobem jego realizowania są luźne, przypadkowe związki, utrzymywane tylko do czasu zaniku erotycznej fascynacji.

WROGOŚĆ DO „PRZYZWOITEGO ŚWIATA”

Charakterystyczną cechą kultury dzielnic socjalnych jest ich wrogość do „przyzwoitego świata” (na którą nakłada się konflikt rasowy, bowiem większość klientów świadczeń społecznych stanowią kolorowi). W sposobie myślenia wychowanków dominuje przekonanie, że są oni „dołowani” przez tych, którzy żyją w lepszych dzielnicach, mają dobrze płatne posady i samochody. Nienawidzą też państwa, które na nich łoży i opiekuje się ich życiem – z jednej strony dlatego, że nie wypełnia, ich zdaniem, swego podstawowego obowiązku nie zapewniając im należytego standardu życia, a z drugiej dlatego, iż stanowi ono symbol przymusu i stoi za znienawidzoną w utrzymującej się z przestępstwa społeczności policją. Owa mieszanka nieustannego poczucia krzywdy i nienawiści wyraża się dominującą w życiu ulic agresją, obecną w każdym słowie i na każdym kroku.

Co mogło sprawić, że w ciągu ostatniego półwiecza dosłownie znikąd pojawiły się w USA wielkie i ludne enklawy świata tak odmiennego od tradycji tego kraju – jednego z najbardziej religijnych na całym świecie, ufundowanego na chrześcijańskich zasadach i na etosie trudzących się w pocie czoła, zaczynających życie zupełnie od zera pionierów?

„Liberałowie” najczęściej odpowiadają na to: krzywdy, jakich ludność kolorowa doznała przez niewolnictwo, zbrodnie wobec Indian, upośledzenie warstw ubogich. Zdaniem „liberałów”, dzisiejsze nieprzystosowanie całych żyjących z zasiłków i przestępstw dzielnic oraz ich agresja to płacona z opóźnieniem cena za dwieście z górą lat „dzikiego” kapitalizmu.

Odpowiedź konserwatystów bywa dwojaka. Bardzo często powtarza się w niej stwierdzenie o ogromnych szkodach, jakie wyrządziły społeczeństwu media. Jest ono niewątpliwie słuszne.

„ULICZNE” MODELE ŻYCIA

Twórcy kultury od wielu lat zafascynowani są rynsztokiem. Na palcach jednej ręki policzyć można filmy lub inne dzieła, które nie zwalczałyby tradycyjnych wartości. W swojej znakomitej pracy Hollywood przeciwko Ameryce Michael Medved przedstawia między innymi galerię bohaterów filmów, które w ostatnich latach honorowano nominacjami do Oscara. Są wśród nich włóczędzy, życiowi rozbitkowie, psychopaci, mordercy, prostytutki etc. Nie ma natomiast ani jednego człowieka normalnego, ani jednego dobrego ojca lub wiernego męża. Przeciwnie – businessman, prawnik, polityk czy duchowny to w każdym filmie lub serialu obowiązkowo łajdak, obłudnik i kłamca. Obowiązkowo również w kinie lub telewizji nie istnieje nic takiego, jak małżeńska wierność lub seksualna wstrzemięźliwość; rozwiązłość jest tam ukazywana jako oczywisty, wręcz jedyny możliwy model życia. Wiernie akompaniuje tej tendencji cała tzw. kultura młodzieżowa, na czele z muzyką rockową i rapową, której teksty propagują „uliczny” model życia, na pełnym luzie, do oporu, bez zobowiązań i skrupułów.

Ten obraz stoi w drastycznej sprzeczności z tym, co amerykańskie filmy lub telewizja pokazywały jeszcze dwadzieścia lat temu. Co tu jest skutkiem, a co przyczyną? Czy kultura masowa została przejęta przez „liberałów” i posłużyła świadomemu zdemoralizowaniu całych pokoleń i grup społecznych – czy też jej obecny ton wynika jedynie ze ślepego podążania przez twórców za popytem na takie właśnie, demoralizujące treści?

Za tą drugą tezą opowiada się wielu wybitnych animatorów „konserwatywnej kontrrewolucji”, jak Newt Gingrich, Oliver North czy Rush Limbaugh. Ich zdaniem główna przyczyna zła leży w porzuceniu surowych, ale sprawiedliwych zasad życia społecznego, na których oparta była Ameryka, i zastąpienie ich suflowaną przez „liberałów” ideologią ,sprawiedliwości społecznej”. Winnym moralnego rozkładu jest, ich zdaniem, „państwo opiekuńcze”, które zlikwidowało jałmużnę i zastąpiło ją prawem do życia na cudzy koszt. To, co w założeniach stanowić miało jedynie pomoc dla potrzebujących, w praktyce wytworzyło całą ogromną klasę próżniaczą.

ŻYCIE NA CUDZY KOSZT

„Kultura ulic” przyciąga z ogromną siłą młodych ludzi, ponieważ obiecuje życie łatwe, bez wysiłku. W oczach wielu nastolatków ich rodzice, którzy przez całe życie ciężko pracowali, są zwykłymi „frajerami”. Po co pracować, skoro można zostać nastoletnią samotną matką i żyć wraz ze swym chłopakiem, z wysokiego zasiłku? Po co zakładać rodzinę, dochowywać wierności żonie i pracować całe życie, skoro można używać młodości, żyć na luzie i niczym się nie martwić? Każdy w końcu jakoś tam się utrzyma, pewne minimum po prostu należy mu się od rządu, więc z głodu umrzeć nie można

Ten typ myślenia zakorzenia się w dzisiejszej Ameryce coraz silniej. Z drugiej strony, świadomość, do czego dalsze hołdowanie w życiu publicznym podobnej filozofii może doprowadzić, wywołuje przeciwreakcje. Badania i wyniki wyborcze nie pozostawiają wątpliwości, że w ostatnich latach wielka część społeczeństwa niezwykle zradykalizowała się w kierunku konserwatyzmu. Gdy więc z jednej strony kwitną ruchy „mniejszości seksualnych” i nasila się propaganda permisywizmu w mediach, z drugiej wyznania surowo potępiające rozluźnienie obyczajów przeżywają lawinowy napływ nowych wiernych, masowego charakteru nabiera ruch antyaborcyjny i rośnie popularność przywódców „konserwatywnej kontrrewolucji”. Która strona okaże się w tym starciu silniejsza, tradycja czy „kultura ulic”?

Artykuł pochodzi z Miesięcznika Różaniec – Marzec 1996

Wydawnictwo Sióstr Loretanek POLECA

Obcy w obcej ziemi

Obcy w obcej ziemi
abp Charles J. Chaput

Arcybiskup Chaput w swojej najnowszej książce – inteligentnej, celnej, rzeczowej, dowcipnej i inspirującej – wyraziście przedstawia, czym powinien być i jak powinien działać Kościół w kontekście postchrześcijańskiej kultury. Powołując się na autorów tak różnych jak Alexis de Tocqueville, kardynał Newman, Benedykt XVI, MacIntyre czy starożytny autor Listu do Diogenta, dowodzi, że Kościół nie powinien wycofywać się ze świata, ale że ma być wewnątrz niego światłem i zaczynem. Gorąco polecam tę książkę każdemu, kogo interesuje wzajemne oddziaływanie wiary i kultury. – bp Robert Barron, autor serii: katolicyzm- pasjonująca podróż w głąb wiary –

UDOSTĘPNIJ

„Różaniec” jest miesięcznikiem formacyjnym. Znajdziesz w nim treści, które pomogą Ci wzrastać na drodze życia duchowego. Głównym rysem pisma jest maryjny wymiar duchowości katolickiej.