Dlaczego Pan Bóg zesłał na świat potop? Przecież już wiemy, że On nas kocha. Jak więc wytłumaczyć to, że tylu ludzi wówczas zginęło? Przeczytajcie najpierw fragment z Księgi Rodzaju, a dopiero potem przygody Szymka i Weroniki.

Czy mogło być lepiej? Dzień Dziecka w niedzielę! Rodzice co roku przygotowywali niespodziankę. Tak było i tym razem, ale… niespodzianka to niespodzianka. „Młody” już od jakiegoś czasu podpytywał, co będzie tym razem. Niestety, bezskutecznie.

Była dokładnie siódma, kiedy tata nachylił się do ucha Isi.

– Dzień dobry, kochanie. Pora wstawać.
– Która godzina? – Isia nawet nie otworzyła oczu.
– Już siódma.
– Ale przecież nie idę dzisiaj do szkoły – wciąż miała zamknięte oczy i usiłowała nakryć głowę kołdrą.
– Wiem, ale szkoda czasu, bo czeka na was niespodzianka.

To ostatnie zdanie usłyszała dopiero po chwili. Tata już nic nie mówił, tylko przyglądał się Isi i chciało mu się śmiać. Najpierw skrzywiła twarz, potem się przeciągnęła i dopiero wtedy do niej dotarło.

– Racja, przecież dzisiaj Dzień Dziecka! – zerwała się gwałtownie, zbiegła po drabince i błyskawicznie rozpoczęła poranną toaletę.

Szymka zbudziła już rozmowa, ale udawał, że śpi. Chciał być osobiście poinfonnowany.

– A co będziemy robić? – zapytał tatę.
– Najpierw pójdziemy na Mszę…
– Tak wcześnie? – przerwał Szymon. – Przecież zawsze chodzimy na dwunastą!
– Po Mszy świętej zjemy pyszne śniadanko – kontynuował tata – a potem…
– No, powiedz, tato, bardzo cię proszę. Czekamy już tak długo.
– Na pewno wam się spodoba nasz plan.
– Na pewno? – Szymon pytał z niedowierzaniem. Przymrużył nawet oczy, tak jak zwykł to robić tata, gdy chciał wydobyć z dzieci jakąś tajemnicę, ale musiał zadowolić się swoimi domysłami. Pewnie pojedziemy rowerami do lasu – myślał sobie – albo do babci.

Wygramolił się spod kołdry. Weronika z całą energią wpadła do pokoju. Jeszcze trochę, a zmiotłaby Szymka z powierzchni ziemi

– Nie śpij już! Ruszaj się! – krzyknęła mu prosto do ucha
– Jak myślisz, co to za niespodzianka?
– Nie mam zielonego pojęcia. – Isia patrzyła w okno i kombinowała. – Może pojedziemy do ZOO?
– Do ZOO? Coś ty? – nie dowierzał Szymon.
– A co, nie chciałbyś?
– Pewnie, że bym chciał.
– Dobrze, nie siedź tak, tylko maszeruj do łazienki.

Szymon nabrał wielkiej ochoty na wycieczkę do ZOO. Tylko czy na pewno rodzice ich tam zabiorą? Mył zęby i przypominał sobie wszystkie zwierzęta. Zapamiętał je dobrze z ostatniej wyprawy. Niektórym zrobił nawet zdjęcie.

Rzeczywiście przyspieszył ruchy i już za parę minut był gotowy. Mógł wychodzić do kościoła.

Przy śniadaniu rodzice odkryli pierwszy sekret.

– Dzisiaj wasze święto, chcemy was zabrać na całodniową wycieczkę – tonem bardzo oficjalnym oznajmiła mama.
– I dlatego zaraz po śniadaniu spakujcie swoje plecaczki.
– Dokąd pojedziemy?
– Na razie nie powiemy nic więcej, to przecież niespodzianka
– A co mamy zabrać?
– Zabierzcie czapki, okulary przeciwsłoneczne, tutaj przygotowałam dla was słodycze i butelki z piciem. To wszystko.

Dzieci zerwały się i już chciały pędzić po plecaki.

– Zaraz, zaraz, a kto podziękuje Panu Bogu za posiłek? – pomodlili się więc i wyruszyli w podróż.

Kiedy tata na skrzyżowaniu skręcił w prawo, dzieci na tylnym siedzeniu zaczęty zacierać ręce. Tędy można było jechać tylko do Gdańska, a przecież tam właśnie jest ZOO! Isia nawet spytała, ale tajemnica nadal pozostawała tajemnicą. Po dwóch godzinach podróży pojawiła się tablica oznaczająca początek miasta, a za chwilę duży znak wskazujący drogę do ZOO. Szymon niemal przeskoczył do przodu, gdy tata przejechał to skrzyżowanie.

– To nie skręcamy? – w głosie słychać było zawód.

Tata nic nie powiedział. Dzieci spodziewały się spotkania z krainą zwierząt i wcale się nie pomyliły. Rzeczywiście cafe niespodzianka związana była ze zwierzętami, tyle tylko, że nie w ZOO. Dotarli na miejsce. To był gdyński Skwer Kościuszki. Uwagę dzieci przykuł migocący kolorowymi światełkami i rozbrzmiewający wesołą muzyką lunapark. Słychać było radosne pokrzykiwanie jeżdżących na karuzelach, ale tata tylko przyhamował i ruszył dalej. Isia z „Młodym” już nic nie rozumieli. Znaleźli się na końcu Skweru.

Szymon wyskoczył z samochodu i pobiegł, by z bliska zobaczyć morze. Woda miarowo uderzała o brzeg. Była świetna widoczność. Wołał Isię, bo gdzieś w dali powolutku posuwał się olbrzymi statek. Po chwili wszyscy stali obok siebie i rozkoszowali się widokiem. Z tej ciszy wytrąciła ich mama.

– Chodźmy już. Potem jeszcze tu przyjdziemy.
– A dokąd idziemy?
– Chcemy pójść z wami do Oceanarium. To ten właśnie budynek, w nim obejrzymy wszystko, co dzieje się w morzach i oceanach.
– Ojej! Czy będą tam rekiny? – spytał „Młody”.
– Zobaczysz – tata wziął Szymka na barana i weszli do budynku. To było istne szaleństwo. Dzieci biegały między potężnymi akwariami i już same nie wiedziały, która ryba jest najładniejsza. Było ich tyle, że potem trudno było przypomnieć sobie, w którym akwarium pływała. Duży żółw, który bardzo przypadł „Młodemu” do gustu, niestety, tylko na chwilę otworzył oczy. Miał naprawdę mocny sen

Okazało się, że Oceanarium to dopiero początek atrakcji. Już na zewnątrz rodzice po krótkiej naradzie wręczyli dzieciom pieniądze.

– Możecie przeznaczyć je, na co chcecie. Możecie kupić sobie jakieś pamiątki albo, na przykład, pobawić się w lunaparku

Dzieci rzuciły się rodzicom na szyje, by podziękować za tak wspaniałą niespodziankę, i poszły w kierunku placu zabaw. Dopiero teraz Szymon zauważył dwa statki przycumowane do Skweru. Okazało się, że można na nie wejść.

– Musisz sobie kupić bilet – poinstruowała „Młodego” Isia.
– Za ile? Starczy mi? – nie bardzo orientował się w wartości pieniędzy.
– Starczy – pomogła mu przeliczyć gotówkę.

Rodzice przyglądali się całej tej operacji z daleka. Isia została na lądzie i tylko biegała wzdłuż statku, żeby usłyszeć, co mówi Szymon: że jest tam dużo lin, wielki ster i tak dalej. Po jakimś czasie cały rozpromieniony zbiegł ze statku i od razu postanowił zwiedzić ten drugi, tym bardziej, że był to okręt wojenny. Znowu było odliczanie pieniędzy, zakup biletu i bieganie połączone ze zdawaniem relacji. Szymon kupił jeszcze pamiątki i zorientował się, że trzyma w garści ostatni pieniążek

A tu jeszcze lunapark! Tam dopiero była zabawa! Ile krzyków radości! Kolorowe karuzele przy akompaniamencie muzyki przewoziły rozbawione towarzystwo. Isia miała już w ręku specjalne żetony. Szymon dusił w dłoni ostatni pieniążek i okazało się, że wystarczy tylko na jedną przejażdżkę samochodem. Dobre i to, ale z zazdrością patrzył teraz na Weronikę, która przesiadała się z karuzeli na karuzelę i machała do niego ręką. Była taka szczęśliwa! A on stał i mógł tylko popatrzeć.

Dzień Dziecka minął jak błyskawica. Droga powrotna była dla Szymka strasznie ciężka. Isia cały czas rozmawiała o wrażeniach z Oceanarium i o lunaparku, a on siedział wpatrzony w okno. Źle wydał pieniądze. Wciąż tego żałował. Mógł przecież poprzestać na jednym statku i nie kupować tych bzdur! Był sam na siebie zły. Stracił taką okazję do wspaniałej zabawy!

Kiedy przed snem Weronika przeczytała kolejny fragment Biblii mówiący o potopie i gdy oboje się zastanawiali, dlaczego Pan Bóg to zrobił, wystarczył bardzo krótki komentarz mamy:

– Wcale nie musiało tak być. To był wybór tych ludzi. Gdyby się nawrócili i przestali grzeszyć, nie byłoby tej katastrofy albo znaleźliby miejsce w arce wraz z Noem i jego rodziną. Pan Bóg każdemu człowiekowi daje skarb. Wiecie jaki? – dzieci nie odpowiadały, czekały. – Tym skarbem jest życie. W chwili chrztu Pan Bóg daje każdemu z nas taki ogromny prezent i to od nas zależy, co z nim zrobimy. Możemy go zmarnować albo tak wykorzystać, że będziemy się nim cieszyć bez końca, całą wieczność.

Szymon chyba najlepiej rozumiał te słowa. Na szczęście ten błąd, który popełnił, był drobiazgiem w porównaniu z życiem, ale wiedział już, że trzeba się zastanowić, co się wybiera, bo od tego zależy wszystko – nasze zbawienie! Wiedział też, jak można cierpieć, gdy widzi się szczęście innych, a własna głupota nie pozwala mieć w tym udziału.

Artykuł pochodzi z Miesięcznika Różaniec – Czerwiec 1997 r.

Wydawnictwo Sióstr Loretanek POLECA

Przyjaciele Boga

Przyjaciele Boga
ks. Janusz Stańczuk

Zapraszam na krótką podróż po historii przyjaźni. Dowiemy się z tej książki, w jaki sposób można zostać przyjacielem Pana Boga. A być nim to znaczy mieć klucze do wszystkich wspaniałych przygód i do wszystkich bogatych pałaców, które Bóg przygotował dla swoich przyjaciół. A zatem do dzieła!

Share.